niedziela, 8 maja 2016

Łowcy V

Leżała jeszcze chwilę na łóżku, starając się zebrać myśli. Musiała dzisiaj wyjaśnić im tak wiele rzeczy... Nigdy nie przypuszczała, że do tego dojdzie. Zawsze trzymała swoje sekrety dla siebie, nawet Loki nie wiedział wszystkiego. Ale nie czuła się z tym źle. Miała przed sobą długą opowieść o Łowcach, ale w niezbyt prywatnym wymiarze. Bała się jedynie dalszych części historii, ale zdławiła w sobie to uczucie, puki mogła. Nigdy nie była tchórzem i nigdy nie była zbyt emocjonalna. To, co wydarzyło się dotychczas, potraktowała jako wypadek przy pracy. Trafili w jej czuły punkt, dlatego tak źle to zniosła, ale to było konieczne. Musiała teraz być znów sobą, musiała być znów silna. Wstała, włożyła swoją koszulkę i poszła do swojego pokoju, by się ubrać - wszystkie jej rzeczy wciąż tam były. Stojąc przed szafą, zastanawiała się przez moment, czy nie założyć pierwszy raz czegoś, co odkrywałoby więcej ciała niż tylko dłonie, ale odrzuciła ten pomysł. Nie była gotowa, by zobaczyli jej blizny: efekty skaryfikacji. Mimo że z pewnością im o nich opowie, to wolała, by narazie pozostały w sferze abstrakcji. Pokazała je jedynie Lokiemu, i tyle wystarczy. Nadal uczyła się je kochać. Loki wymagał od niej, żeby przestała je nienawidzić, bardzo często o nich mówiąc, przypominając jej ich znaczenie aż do znudzenia, podkreślając ich piękno, całując je... Od prawie dwóch lat, odkąd ze sobą sypiali, znacznie zmienił jej podejście do nich, ale mimo to nadal kryło się w niej przekonanie, że w jakiś sposób przykuwają ją do mrocznej przeszłości. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, jak bardzo są piękne. Jej blizny były wycinane przez artystę, dlatego nie ma w nich żadnych błędów. Tworzą przepiękne wzory na ciele. Był to kolejny powód, dla którego nie chciała im ich pokazywać- nie miała ochoty na konfrontację z Kapitanem "uwielbiam-sztukę" Rogersem. Rozumiała, że ma hobby, które go pasjonuje, często o tym rozmawiali, ponieważ malowała, nawet cieszyła się, że ma z kim pogadać o pięknie tego świata, ale nie chciała, żeby jego pasja miała z nią coś wspólnego. Rogers uwielbiał rysować i szkicować, miał prawdziwy talent. W czasie wolnym siedział sobie gdzieś ze swoim małym szkicownikiem i kompletem ołówków, tworząc bardzo ładne prace. To pewnie z nudów - cierpiał na bezsenność, więc często miał do nudy okazje. Jego oczy potrafiły wypatrzyć sobie cel, który następnie atakował niczym myszołów, zapamiętale skrobiąc ołówkiem po papierze, dopóki nie uwiecznił tego, w czym zobaczył sztukę. Ravi bardzo go lubiła, ale nie chciała stać się przedmiotem jego prac. Miała szczęście, że, gdy spotkała Natashę, było zbyt ciemno, by mogła zobaczyć wzory na jej nogach.
Założyła jeansy i zwykłą białą bluzkę z długim rękawem. Spojrzała w lustro. Opalenizna zaczęła już znikać z jej skóry, ale nadal wyglądała dobrze. Włosy natomiast, niestety, zdążyły już pociemnieć. Całe lato w pracy, w zamkniętych pomieszczeniach... Nie mogła się doczekać, aż znów pokaże się słońce, by rozjaśnić je do złocistego brązu, przechodzącego w ciemny blond. Łudziła się, że tak się stanie, ale od dłuższego czasu ten proces nie zachodził. Nie była zdrowa, dlatego ciemniały jej włosy. Loki też to zauważył, pomimo że, gdy się poznali, były już dość mocno ciemne. Westchnęła z rezygnacją, opuszczając pokój. Weszła do salonu, gdzie byli już wszyscy. Banner obserwował Steve'a który, oczywiście, usiadł w rogu kanapy i rysował. Natasha i Clint rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami, pewnie o jakiejś misji, z kolei Stark majstrował coś na tablecie. W tym wszystkim Loki prezentował się naprawdę dziwnie, oparty o ścianę i milczący. Podeszła do niego i szepnęła mu na ucho:
- Chowasz się?
Wyglądał, jak gdyby wyrwała go z zadumy. Spojrzał na nią, jak gdyby dopiero teraz zrozumiał, co się dzieje wkoło niego.
- Nie, nie chowam się. Rozmyślałem tylko.
- O czym?
- Ej, gołąbeczki, znajdźcie sobie lepszą porę i lepsze miejsce, jak chcecie sobie pogruchać.- krzyknął w ich stronę Stark, w dziwny i więcej niż wymowny sposób akcentując ostatnie słowo.
Loki westchnął, sfrustrowany, patrząc na niego morderczym spojrzeniem. Dziewczyna tylko wywróciła oczami, idąc w kierunku kuchni, by zrobić sobie herbatę. Wiedziała, że Loki dał się sprowokować, i wolała zachować pewien dystans między rodzącą się kłótnią a sobą, nawet, jeśli słyszała każde słowo.
- Stark, czy możesz znaleźć sobie jakiś inny temat?
- Mogę, ale nie zamierzam. Ten mi się jeszcze nie znudził.
- Jesteś jak dziecko.
- Nie sposób się nie zgodzić - dodał Steve. Ravi znała ich na tyle dobrze, by wiedzieć, jak się zachowywali. Loki stał, patrząc morderczo na swojego rozmówcę, Tony się do niego szczerzył, zaś Steve był na tyle dojrzały, by nie zwracać na to zbytniej uwagi, więc nawet nie oderwał wzroku pd swojego zajęcia.
- Dzięki, uznam to za komplement, skoro mówią tak dwa największe staruchy w promieniu kilkunastu kilosów.
- Twoja impertynencja jest doprawdy zaskakująca. Za każdym razem gdy myślę, że gorszy już być nie możesz, ty łaskawie wyprowadzasz mnie z błędu.
- Drobiazg, Koziołku Matołku.
- Nie nazywaj mnie tak!
- Oj już się tak nie denerwuj. Jak jesteś taki nabuzowany, to twoja dziewczyna jest w kuchni, wiesz?
W tym ułamku sekundy Ravi westchnęła zrezygnowana. Woda już prawie wrzała, jednak mogła się założyć, że wojna w salonie wybuchnie na dobre, zanim nad dziubkiem czajnika wyniosą się obłoczki pary świadczące o tym, że może już zalać nią herbatę. I, jak zwykle, miała rację.
- Mam tego dość. Oczekuję, że natychmiast zaprzestaniesz tych idiotycznych wygłupów. Minęły dwa dni, a ty nadal nie możesz się pogodzić z tym, że nikogo to nie śmieszy?
- Daj spokój, gościu! Dowiedziałem się dwa dni temu, więc ominęły mnie... Ile wy już jesteście razem?
Ostatnie zdanie było skierowane do niej, wykrzyczane na tyle głośno, by zrozumiała każde słowo. Jakby to było potrzebne jej wyostrzonym zmysłom...
- Trzy lata! - Odkrzyknęła.
- Ou, kawał czasu... No więc, jak mówiłem, dowiedziałem się dwa dni temu, więc ominęły mnie trzy lata dokuczania wam, które muszę jakoś nadrobić.
- Jesteś niemożliwy...
- Loki, przecież to jest jego sposób na życie, czemu się tu dziwić? - Napomknął Steve.
Otóż to- pomyślała. Stark taki już jest i próba zmieniania tego nikomu nie wyjdzie na dobre. 
- A w ogóle, to jak się dowiedziałeś?
Oto jest pytanie za milion dolarów. Wzięła w rękę czajnik, by zalać herbatę wrzątkiem, gdy nadeszła odpowiedź, wypowiedziana tonem osoby szczerzącej zęby w uśmiechu samozadowolenia.
- Jarvis ma was na monitoringu.
Od ścian pomieszczenia boleśnie głośno odbił się najpierw dźwięk upadającego czajnika, a zaraz po nim bolesny krzyk i seria wyjątkowo siarczystych przekleństw. W ułamku sekundy w salonie znalazła się burza, czyli Rawena, trzymająca się za poparzoną dłoń; w jej oczach były łzy bólu, ale mimo to płonęły one gniewem, tak jak jej policzki - wstydem. Wyglądała, jak gdyby chciała kogoś zamordować, i ten ktoś doskonale wiedział, że chodzi właśnie o niego.
- Coś powiedział?!
Jej głos był ochrypły od bólu.
Gdy znalazła się obok kanapy, Loki powstrzymał ją, zagradzając jej drogę do autentycznie przestraszonego miliardera, który z kolei stanął za fotelem, jak gdyby miał on go ochronić.
- Ravi, uspokój się, proszę.
- Nie mam zamiaru się uspokoić! Nie będę tego tolerować, on na zbyt wiele sobie pozwala!
- Oczywiście, masz rację, ale pozwoliłaś mu się wyprowadzić z równowagi. Pomyśl. Raw, nie pozwól mu się zdenerwować. Co się z tobą dzieje?
- Jarvis ma obraz tylko i wyłącznie z części wspólnej, nie ma ani jednej kamery w prywatnej! Gdyby była, to już dawno bym o was wiedział, co nie?
Stark był wyraźne zdenerwowany. Nikt nie chciał jej denerwować. Ta drobna, śliczna istotka miała zabójcze zdolności i wszyscy doskonale zdawali sobie z tego sprawę.
- Słyszysz, Ravi? Uspokój się, nic wielkiego się nie stało.
Kobieta wzięła kilka głębokich wdechów. Teraz, gdy adrenalina przestawała na nią działać, coraz mocniej czuła ból. Spuściła z tonu, wszyscy widocznie się uspokoili, Tony usiadł, nadal ją jednak obserwując, a Loki chwycił jej rękę.
- Popatrzyłaś się...
- To nic wielkiego.
- Boli?
- Boli. Ciepło zawsze boli.
Więc Loki machnął ręką nad jej poparzoną skórą, a czerwone pręgi zniknęły w odrobinie zielonkawej mgły, która po chwili opadła ku ziemi i rozpłynęła się w powietrzu.
- Dziękuję. - Powiedziała, wyciągając się, żeby pocałować go w policzek.
- A drugi? - Zamarudził jak małe dziecko. Zaśmiała się pod nosem, ale wyciągnęła się, by dosięgnąć ustami nadstawionego policzka. W ostatniej chwili jednak Loki obrócił głowę, łącząc ich usta na krótką chwilę. Nie był to namiętny pocałunek, ale było w nim coś bardzo przyjemnego, jakaś bliskość. Loki uwielbiał pokazywać wszystkim, że Ravi należy do niego, teraz, kiedy mógł to robić tak otwarcie. Zniknął w kuchni, by po chwili wrócić z jej miętową herbatą. Siedzieli przez chwilę, nikt nie poganiał jej z wyjaśnieniami, ale oczywistym było że na nie czekają, więc zebrała myśli, by zdołać im wszystko wyjaśnić.
- To wszystko jest strasznie skomplikowane, wiecie? Nawet nie wiem, od czego zacząć...
- Od podstaw. My jesteśmy w tym zieloni. - Powiedział Steve.
Stark tylko spojrzał na Bruce'a, ale nic nie powiedział. Limit cierpliwości na jego komentarze został wykorzystany, więc wolał się chwilowo nie wychylać.
- No dobrze... Mam nadzieję, że dacie radę się w tym połapać. Więc tak... Łowcy mają zmiany w genach, ale nie zawsze ujawniają się one w takim samym stopniu. Tylko niektórzy są naprawdę silni. Rodzina dzieli się na dwie główne gałęzi: gałąź główną i boczną. Ja jestem z gałęzi głównej. Jest nas najmniej, ale jesteśmy najsilniejsi. Łowcy z gałęzi bocznych są słabsi, częściej rodzą się tam dziewczynki a ich geny nie są w pełni aktywne. Jednak mimo to chyba lepiej jest być jednym z nich, niż jednym z nas. Łowcy z gałęzi głównej, tacy jak ja, żyją jak w wyścigu szczurów. Od dziecka trenujemy, żeby mieć odpowiednią pozycję w społeczeństwie. Im niższa pozycja, tym gorzej. Na samej górze jest rada starszych, której przewodzi głowa rodziny. Aktualnie głową rodziny jest mój ojciec gałęzi głównej. Po jego śmierci jedno z nas zajmie jego miejsce - ten, kto będzie najsilniejszy. Dlatego tak trenujemy. Pod radą starszych są Uznani Łowcy. Ja jestem jednym z nich, aktualnie jest nas czworo.
- Dlaczego tylko czworo? - Zapytał Banner.
- Ponieważ żeby zostać Uznanym , należy wygrać w turnieju rankingowym, mając pozycję obrońcy. Zaraz wyjaśnię. Każdy z nas, bez  względu na to, z której części rodziny pochodzi, może wziąć udział w swego rodzaju zawodach. Są organizowane raz do roku przez radę starszych. Głowa rodziny wyznacza jednego niewolnika, który jest zwierzyną, a uczestnicy starają się go zabić. Ten, kto ma najlepsze wyniki, wygrywa, ale na pozycji łowcy. Skutkuje to zdobyciem wyższej pozycji społecznej. Ale to tylko wydaje się takie proste. Na początku trzeba się dostać do zawodów. Miejsc jest czternaście. Żeby wogle móc się zapisać, należy znaleźć patrona wśród starszych, jeśli nie jest się z gałęzi głównej. Patron daje pieniądze na udział oraz jest opiekunem uczestnika. Jeśli jego podopieczny przegra, ma prawo zrobić z nim, co zechce. Poza tym musi znaleźć się miejsce. Pierwsi w kolejności jesteśmy my, z głównej, dopiero na pozostałe miejsca mogą zapisywać się inni. To raczej nie problem, rzadko się zapisujemy, bo turniej jest niebezpieczny; zabijamy się nawzajem. My możemy wystartować sami, ale inni muszą mieć patrona, a żeby go zdobyć, należy przekonać go, że warto zainwestować pieniądze, bo ma się realną szansę na wysoki wynik. Ustala się wynik graniczny, czyli minimalne miejsce, które trzeba zająć, żeby patron nie uznał tego za przegraną. Patronem nie może być każdy, jedynie ktoś ze starszyzny, Uznany, jedno z nas, z gałęzi głównej, albo jeden z dwunastu najważniejszych reprezentantów gałęzi bocznej, poza tym sponsor nie może brać udziału w turnieju. Wygrywa ten, kto zabije zwierzynę, jednak turniej trwa dość długo, bo wszyscy najpierw się wzajemnie wyżynają.
- Boże, to obrzydliwe...
- Dzięki, Steve, ta zdegustowana mina z pewnością sprawia, że jest mi łatwiej.
- Nie chodziło mi o to, że...
- Chodziło Ci właśnie o to. I nie przerywaj. No więc... Tak najczęściej wyglądają zawody, ale jest też inna alternatywa. Może zgłosić się piętnasty gracz, jako obrońca.  Obrońca może być tylko jeden. Ma on za zadanie utrzymać przy życiu przez dwadzieścia cztery godziny tego, na kogo inni polują. Ciężko jest wygrać, bardzo rzadko się to zdarza. Obrońca musi przyjmować na siebie wszystko, każdy atak, musi wytrzymać dobę ciągłej walki o życie swoje i ofiary, i sam musi przeżyć. Bardzo rzadko ktoś podejmuje się tego zadania, bo bilans korzyści i ryzyka nie zachęca. Jeśli ktoś zabije zwierzynę, obrońca staje się Zdegradowanym. To znaczy, że jest czymś gorszym niż niewolnik. Należy do tego, kto wystawił zwierzynę, zostaje upodlony i zmieniony w coś... obrzydliwego, w prawdziwego potwora. Jednak jeśli już wygra, to staje się Uznanym i ma prawo zażądać tego, co w naszym świecie praktycznie nie występuje. Jest to prawo do wolności. Może jej zażądać dla dowolnej osoby. Taka osoba ma całkowitą wolność, nie można na nią polować, może nawet opuścić nasze szeregi.
- Zaczekaj. Przed chwilą mówiłaś, że jesteś jedną z tych Uznanych. - Powiedział skonfundowany Banner. Przysiadł na oparciu kanapy, patrząc na nią uważnie zza okularów, marszcząc brwi w ten charakterystyczny sposób oznaczający, że myśli.
- Tak.
- To znaczy, że wygrałaś turniej rankingowy?
- Dokładnie.
- Jako obrońca.
- Aha.
- I zażądałaś dla siebie wolności?
- Nie. Nie słuchałeś. Można zażądać jej dla jednej osoby, dla KOGOKOLWIEK.
- Ale ty jesteś tutaj...
- Ponieważ uciekłam. A raczej odeszłam. Ja, jako Uznana, nie musiałam uciekać, bo nie byłam już własnością ojca, ale swoją. Po wygranej długo mieszkałam poza domem, potem wróciłam, a potem razem z bratem uciekaliśmy. Ale ja zażądałam wolności dla kogoś innego, przez co brat na długo mnie znienawidził.
- Dla kogo niby?
- Teraz to nie istotne. Nie mówię o sobie, ale o ogóle.
- No dobra. To co z tymi Uznanymi?
- Najpierw rada starszych musi uznać jego zwycięstwo, z tąd bierze się ta nazwa. Potem wyznacza osobę, dla której żąda prawa do wolności, a rada spełnia jego żądanie. Potem trzeba wyleczyć jego obrażenia. W czasie kiedy się leczy, zostają załatwione inne związane z tym sprawy. Pracę zaczynają kowal i złotnik: trzeba zrobić dla niego spersonalizowaną broń, pieczęć, pieczęć do listów i to, co ważniejsze, czyli pierścienie. Każdy Uznany ma kilka pierścieni, które coś oznaczają. Potem, kiedy już jest zdrowy, przechodzi skaryfikację, a po...
- Co przechodzi?! - Steve widocznie się ożywił, przestał tak spokojnie siedzieć i nawet zdjął nogi z kanapy, co w jego przypadku oznaczało wielkie zainteresowanie. Najwidoczniej stało się właśnie to, czego chciała uniknąć: termin ten był mu znany i obudził w nim zmysł Sztuki przez duże "S".
- Skaryfikację.- Powtórzyła, widząc zaś zdezorientowane miny niektórych uczestników rozmowy, postanowiła wyjaśnić - Skaryfikacja to proces wywodzący się z kultury ludów pierwotnych, polegający na rozcinaniu, zrywaniu lub przypalaniu skóry w taki sposób, żeby powstały na niej konkretne wzory. Są one niepowtarzalne, wykonywane oddzielnie dla każdego, mają pokazywać, kim ta osoba jest.
- Rav, czy ty masz coś takiego?
- Oczywiście. Jak każdy Uznany.
Oczy wszystkich (poza Lokim, oczywiście), były wielkie jak spodki.
- Chryste, ile ty miałaś lat, kiedy Ci to zrobili?
- Dwanaście. W tym samym roku uciekłam.
- Chcesz powiedzieć, że metodycznie rozcinali skórę DZIECKU?!
- Nie. Wtedy już byłam dorosła, jak na nasze realia. Twoje oburzenie wynika z tego, że dla was dwanaście lat to dziecko. Ale dla nas jest inaczej, my nie mierzymy wieku ilością przeżytego czasu, ale siłą i dojrzałością.
- Jak to się robi? - Tony jednak odważył się odezwać, widząc, że jest spokojna.
- Moje znaki są akurat stworzone z bardzo cienkich linii, grubości mniej więcej kilku włosów. Skóra na całym ciele jest nacinana, a tak cienkie blizny są białe, więc nie trzeba, jak w przypadku większych elementów, dodawać do nich białego barwnika. Jednak większe elementy wykonuje się przez wycięcie ich i zerwanie skóry.
- Ale chyba coś się robi, żeby nie bolało, co?
Clint jak zwykle siedział, opierając łokcie na kolanach i patrząc na nią z kąta.
Ona z kolei spojrzała na niego jak na wariata.
- Jak to "żeby nie bolało"? To są znaki siły, oznaczają, że jest się dość mocnym, by wygrać, więc trzeba znieść ból z godnością, nie wolno nawet pisnąć!
Była autentycznie oburzona. Poczuła się w jakiś sposób dotknięta jego uwagą, jak gdyby nieświadomie sugerował, że jest słaba.
- No dobra, dobra, nie denerwuj się tak. Ale, Jezu... Jak dużą powierzchnię zajmują te znaki?
- Są praktycznie na całym ciele.
- Chryste... Jakim cudem nigdy ich nie zauważyliśmy?!
- Nie obnoszę się z nimi, to moja prywatna sprawa i nie chcę nikogo zmuszać, żeby na nie patrzył. Wczoraj było blisko. Nie zwróciliście uwagi na to, że się przebrałam, a kiedy przyszliście, w pokoju było ciemnawo. Poza tym dopiero co się o tym dowiedzieliście, a już chcielibyście wiedzieć wszystko?
- No właśnie, to by było niesprawiedliwe. Ja musiałem czekać, musiałem się starać, więc wy też się musicie trochę pomęczyć, tak dla zasady. - Mruknął półżartem Loki.
Dziewczyna zaśmiała się pod nosem. Ni z tego, ni z owego przypomniała jej się kwestia z filmu Shrek. "Pomagałem ratować królewnę, narażałem się, więc mi się należy.". Wstała, mruknęła pod nosem "idę po herbatę" i poszła do kuchni, by znów wstawić wodę. Jak to możliwe, że zawsze tak szybko widać dno kubka? Jej odejście miało ukryty motyw: musieli przetrawić te informacje, a nie chciała być przy nich wtedy. Teraz mogli rozmawiać, jakby jej tam nie było, mimo że wszystko słyszała.
- Cóż, to przynajmniej wyjaśnia jak może nosić długi rękaw w środku lata.
Oczywiście. Kolejny błyskotliwy komentarz Starka.
- A ty z kąd o tym wiedziałeś, Steve? - Zapytał Clint.
- Cóż, to bardzo stara forma sztu...
- Nie, stop! Mam już serdecznie dość tej całej sztuki, więc może się nie rozkręcaj, co?
- Stark, nie drzyj się.
- Ona tak czy inaczej was słyszy, wiecie?
To był oczywiście Loki. Była pewna, jaką miał teraz minę, jak się uśmiechał półgębkiem.
- Um... Loki? Nie żebym był wścibski czy coś, ale ty jako jedyny możesz potwierdzić...
- Zciszanie głosu nic ci nie da, Burton. Ale chyba wiem, o co chcesz zapytać, i odpowiedź brzmi "tak". Naprawdę są WSZĘDZIE.
Sposób w jaki zaakcentował ostatnie słowo był bardzo wymowny i jasno sugerował, że ma na myśli bardziej intymne części jej ciała.
- W niektórych miejscach są gęste, w innych bardzo rzadkie, a w innych nie ma ich wcale, ale, generalizując, pokrywają całe ciało.
- To jest coś konkretnego, czy...?
- To takie różne zawijasy i kwiaty. Mają konkretne znaczenie, są charakterystyką. Muszę przyznać, że są wykonane bardzo misternie, widać w tym rękę artysty.
- Gratuluję Loki, właśnie załatwiłeś swojej dziewczynie męczenie się ze Stevem i jego artystyczną duszą. Oj, coś mi się wydaje, że dzisiaj będziesz spać na kanapie...
Rawena weszła do salonu w odpowiedniej chwili, żeby zobaczyć, jak Stark szczerzy zęby, zadowolony ze świetnego dowcipu, a Loki i Rogers piorunują go wzrokiem, przy czym ten drugi już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. Nie pozwoliła na to jednak, stawiając kubek dość głośno na stoliku, siadając i mówiąc spokojnym głosem:
- Nie obawiaj się Tony, "artystyczna dusza" nie ma po co mnie męczyć, bo nie zamierzam ich pokazywać.
- Co?!
Wszyscy krzyknęli chórkiem, jak gdyby umówili się wcześniej, że zareagują pełnym niedowierzania oburzeniem.
- Jak to? Chcesz powiedzieć, że nam to opisałaś, ale nie masz zamiaru uchylić rąbka tajemnicy?!
Hawkeye patrzył na nią, jakby chodziło o największą tajemnicę Wszechświata.
- Nie rozumiem waszej bulwersacji. To moje ciało i moja prywatna sprawa, jeśli chcę, to mogę zachować to dla siebie.
- A on widział! - Wykrzyknął, wskazując palcem na zielonookiego boga. Było to tak skrajnie dziecinne, że nie mogła się nie roześmiać.
- Clint, nie jesteś już dzieckiem, żeby używać tego rodzaju argumentów. Poza tym, chyba jesteś w stanie dostrzec różnicę między wami, nie sądzisz? A ja nie jestem cyrkówką, żeby robić pokazy, jak egzotyczne zwierzę w klatce.
- Nikt cię tu tak nie traktuje. - Próbował protestować Kapitan.
- Temat uznaję za zamknięty. To moja prywatna sprawa, komu i co pokazuję.
- Czy to jakaś aluzja?
- Zamknij się, Stark. Nie przemęczaj swojego zakutego łba. Przyszłam tu, żeby wam opowiedzieć, żebyście zrozumieli, o co cała ta afera z moim bratem, a nie by pokazywać komukolwiek moje znaki.
- Dobra, dobra! My byliśmy tylko ciekawi...
- Ciekawi, tak...? Hm... Mogę pokazać wam coś innego. Zaraz wracam.
Po tych słowach zwyczajnie opuściła pokój, zostawiając ich na łaskę ich własnej wyobraźni. Czekali dość długo: Clint zaczął nawet marudzić, że pewnie celowo się nie spieszy, żeby umarli z ciekawości. Mimo tych insynuacji, kiedy wróciła, nikt jeszcze nie umarł. W dłoniach trzymała drewniane pudełko, nieco mniejsze niż kartka papieru, głębokie mniej więcej na długość palca wskazującego. Było wykonane naprawdę porządnie, z jasnego drewna o delikatnym, wielobarwnym połysku, jak pnie wyrzucone przez morskie fale, przesycone solą i zmienionymi przez prądy i kamienie w drobne okruchy muszlami. Miało proste wieko, niewielkie, i szufladkę, znacznie od niego większą. Postawiła je na stoliku i usiadła.
- Każdy Uznany musi posiadać pierścienie. Oprócz nas otrzymują je także inni potencjalni patroni, a każdy z nich ma swoje znaczenie.
Mówiąc to, zdjęła z szyi cieniutki łańcuszek, na którym, ukryty pod bluzką, wisiał niewielki, srebrny kluczyk. Idealnie pasujący do zamka, który otworzył się z cichym kliknięciem. Gdy uniosła pokrywę, ciekawość co poniektórych była tak wielka, że te osoby, a dokładniej Burton, pochyliły się, by być bliżej ewentualnej ciekawostki. Zręczne, szczupłe palce wydobyły z wyłożonego czarnym aksamitem wnętrza pierwszy z pierścieni. Był to srebrny sygnet ze znakiem drzewa, a dokładniej dębu.
- Ten mówi, z której części rodziny się wywodzę. Osoby z bocznej mają symbol żołędzia.
Pierścień poszedł w obrót przez wszystkie chciwe ręce, pragnące zbliżyć się do sekretów.
Kolejny pierścień był o wiele delikatniejszy. Był on również srebrny, wysadzany kilkoma maleńkimi diamentami. Prostą obrączkę wieńczył u góry egzotyczny kwiat, wykonany niezwykle misternie.
- Ten symbolizuje mnie, moje zwycięstwo i Uznanie. A ten - wyjęła drugi sygnet- to pierścień z pieczęcią. Bo widzicie, każdy Uznany otrzymuje pieczęć, która jest dziedziczna. Ten, kto ma pieczęć, nie może zostać niewolnikiem - jest to kolejna zaleta bycia jednym z nas. Każdy, kto odziedziczył ją po przodkach, dziedziczy przywilej i również otrzymuje pierścień. Ja swój musiałam wygrać, a rada musiała nadać mi pieczęć. Jest widoczna na sygnecie: wilk i kruk. Sam sygnet to oczywiście srebro, jak wszystko, ale oczko to serpentynit. Wykonano go w intaglio: to metoda rycia w kamieniu stosowana np. w starożytnym Rzymie przez wytwórców gemm.
Wszyscy uważnie oglądali symbol pozostawiony w kamieniu przez niekwestionowanego mistrza w swoim fachu: każdy szczegół był niezwykle dopracowany. Ravi w tym czasie zdążyła wyjąć już kolejny: prosty, wysadzany dookoła niebieskimi i zielonymi kamieniami o głębokich barwach.
- To pierścień patrona. Ten, komu go ofiaruję, będzie moim podopiecznym. Nadanie patronatu to niezbyt skomplikowany proces. Wystarczy że dam komuś ten pierścień i kilka listów do konkretnych osób, które zajmą się resztą. Trzeba zgłosić to radzie, musiałabym w takim wypadku również dać takiej osobie polecenia do krawca, kowala i złotnika, no i oczywiście pieniądze. Podopieczny mieszka również w domu patrona. Nosi się tak, by wszyscy wiedzieli, kto roztacza nad nim opiekę, ale pierścień jest bardzo ważny.
- To lepiej, żebyś nie miała podopiecznych, bo jeszcze by się tu musieli przenieść - spróbował zażartować Steve, ale absolutnie nikt się nie zaśmiał.
- Steve, nie bądź naiwny. Mam własną posiadłość, każdy Uznany dostaje swoją.
- Chojny gest, co nie? - Zagadnął Tony.
- Owszem.
- A gdzie to?
- Tajemnica. Dam ci radę: nigdy nie pytaj żadnego Łowcy o to, gdzie coś się znajduje. Jeśli nie powiedział ci sam, to albo nie chce, żebyś wiedział, albo jest to jedno z tych miejsc na świecie, które zajęliśmy dla siebie i o których istnieniu ludzie nawet nie wiedzą.
- Czekaj, co?! Jak to nie wiemy?
- Och, błagam, naprawdę sądzisz, że nie ma już na świecie miejsc, gdzie nie udało wam się dotrzeć? Pilnie strzeżemy swoich terenów, trzymając was z daleka, i, muszę przyznać, że rozumiem dlaczego i osobiście popieram.
- Dlaczego niby?
- Wy, ludzie, nie macie szacunku dla natury. Pomijając pojedyncze osobniki, macie niebywałą zdolność do destrukcji, bez obrazy. Jest mało rzeczy, które Łowcy szanują, ale nie moglibyśmy pozwolić, by ludzie zszargali naszą naturę. To jedna z nielicznych naszych pozytywnych cech. Wiesz jak wiele jest gatunków roślin i zwierząt, które zostały wybite przez ludzi? A u nas cześć z nich nadal żyje. Oraz wiele innych, których wy nie znacie. Może wam kiedyś opowiem, jeśli będziecie ciekawi.
- Zapamiętam.
No tak, oczywiście. Bruce bardzo interesował się takimi tematami. Będę musiała coś zrobić, żeby móc mu pokazać niektóre z naszych kwiatów - przemknęło jej przez myśl.
- Masz jeszcze jakieś pierścienie do pokazania? - Zapytała Natasha. Nie lubiła się do tego przyznawać, ale przemawiała przez nią klasyczna kobieca fascynacja biżuterią. Jej głos był wystudiowany, ale zdradzał ją lekki błysk w oku. Niby nic wielkiego, przeciętny człowiek nawet by tego nie zauważył i uznał jej uwagę za próbę zmiany tematu. Jednak ona nie dała się zwieść, nic jednak nie powiedziała na ten temat.
- Owszem. Ten jest najciekawszy, ponieważ ma intrygującą funkcję. Kiedyś był to jeden z najważniejszych, obecnie jest już niewiele wart, nadal jednak, ku chwale tradycji, jak to się mawia, nadaje się go. Ten pierścień otrzymuje każdy, nie tylko wybrane osoby, jeśli tylko spełni warunek. Należy mieć dwadzieścia lat, by go otrzymać. Wtedy można już spokojnie iść do złotnika z listownym poleceniem od opiekuna, ojca albo patrona, aby go otrzymać. Można mieć go wcześniej za specjalną zgodą rady albo gdy zostaje się Uznanym. Im ktoś jest ważniejszy, tym większą wartość ma jego pierścień.
- Brzmi, jakby naprawdę był ważny, zwłaszcza ta specjalna zgoda.
- Bo kiedyś był.
Wyjęła z pudełka naprawdę piękny pierścionek. Składał się z czterech skrajnie wąskich obrączek, połączonych metalowym elementem, który wyglądał bardzo pięknie, choć nieco dziwnie, mimo że ciężko było określić, na czym opierało się owo wrażenie inności. Dwie z nich, zewnętrzne, były wykonane w całości z serpentynitu - poznali go, ponieważ, wedle słów właścicielki, z niego właśnie wykonana była pieczęć sygnetu - którego barwa była jednak żywsza, głębsza i bardziej trawiasta. Miały liczne fasetki, pięknie załamujące światło. Dwie wewnętrzne zaś były ze srebra. Wyglądały, jak gdyby wielokrotnie okręcano każdą z nich wokół własnej osi, by ładnie się poskręcała, zanim uformowano z niej obrączkę. Były subtelnie wysadzane niebieskimi kamieniami, nie większymi niż główki od szpilek, rzadko umiejscowionymi. Miały przepiękny, głęboki kolor.
- Ten pierścionek był niegdyś niezwykle ważny, ponieważ był niezbędnym elementem ceremonii ślubnej.
- Chwila, chwila! Ale to co mówiłaś... Wybacz, że jestem taki niedelikatny, ale z tego co mówiłaś wcześniej jasno wynikałoby, że nie zawieracie małżeństw.
Steve był bardzo skonsternowany. Nie lubił gdy okazywało się, że czegoś nie rozumie. Wyjątek stanowiły jedynie fizyczne wywody Starka i Bannera, ale ich nikt nie rozumiał.
- Zdarza się to niezwykle rzadko, prawie nigdy. Kiedyś było to normalne, ale na przestrzeni lat wiele się zmieniło. Nikt już teraz tego nie robi, chociaż... mój kuzyn faktycznie ma żonę. Jest uważany za dziwaka, ekscentryka, ale ja go bardzo lubię. Jego żonę też: to bardzo przyjemna kobieta, nieczęsto zdarza się wśród nas ktoś o tak dobrym sercu jak ona.
- Czyli jednak mają miejsce takie sytuacje.
- Owszem. Oni są małżeństwem już jedenaście lat.
- Zaprosili cię na ślub? - Zapytał Stark.
- U nas na śluby się nie zaprasza. To ceremonia tylko dla dwojga.
- Z kąd wiesz, skoro nikt się nie żeni?
- Ponieważ się uczyłam, Tony. Nie tylko wiedzy ogólnej, ale też naszych własnych tradycji, historii i tak dalej, więc wiem, jak to wszystko wygląda.
- A jak to wygląda?
Zapytał Banner swoim monotonnym, spokojnym głosem.
- Widzicie ten element, który łączy części pierścionka? Doświadczony złotnik jest w stanie go otworzyć. Wtedy zamienia się połowicznie części pierścieni pary młodej - dwa pierścienie jej i dwa jego, żeby były identyczne. Ceremonia jest dla dwojga: wymieniają się pierścionkami i sobie przysięgają, no a potem...
Zaczęła mówić dość niewyraźnie a jej policzki zrobiły się różowe. Nie patrzyła im w oczy a efekt jej zażenowania był dość komiczny. W końcu Stark nie wytrzymał.
- Zapylają kwiatuszka?
- Stark!
Trzy głosy pełne oburzenia i dwie pary czerwonych policzków, czyli Loki, Rawena i Steve, dwa wybuchy śmiechu, czyli Clint i Tony oraz dwie niedowierzające, kręcące głowy, czyli Bruce i Natasha stanowiły idealny dowód zarówno na trafność spostrzeżenia, jak i na impertynencję miliardera.
- Przysięgam, że ze wszystkich...
- Wyluzuj. Nie mogłem patrzeć jak robisz się czerwona jak burak i zaczynasz się miotać, jakby ci ucięli głowę. Wyświadczyłem ci przysługę: powiedziałem to za ciebie.
- A nie mogłeś powiedzieć normalnie?
- Mam powtórzyć z cenzurą?
- Obejdzie się.
- Proste śluby tam macie.
- Nie ma sensu komplikować sobie życia.
- Czemu ich nie nosisz? - Zapytał Steve.
- Szczerze mówiąc... nie wiem. Ale może powinnam nosić chociaż ten jeden... Teoretycznie tak wypada.
- Opowiesz coś jeszcze?
- Oczywiście. Fury zjawi się dopiero za jakiś czas, prawda?
- Szczerze mówiąc, to stwierdził, że my mamy mu przekazać informacje. Zrobiło się jakieś małe zamieszanie, które musiał wyjaśnić. - Sprostowała Natasha.
- Będziemy musieli przede wszystkim ustalić, jak on się tu dostał. Fury był, delikatnie mówiąc, niezadowolony z faktu, że do pilnie strzeżonego budynku ktoś mógł sobie tak po prostu wejść, zostawić kopertę i wyjść. - Steve wyglądał na zmartwionego.
- W takim bądź razie rozumiem, że mam wyjaśnić całe to zamieszanie? Eh... Zaraz... chwila moment, czy tylko mi się wydaje, czy w ten piękny jesienny dzień nagle nadeszła burza?
- O czym ty...
Wszyscy nagle odwrócili się do okien. Faktycznie, na zewnątrz błyskawicznie zebrały się czarne, burzowe chmury, kłębiące się nad wierzą Avengersów.
- Thor wrócił.
....................................................
No i mamy kolejny rozdział. To jeden z tych, które nigdy nie podobają się autorowi. Mam nadzieję, że wam podobał się bardziej niż mi. Jeśli macie jakieś uwagi, piszcie śmiało w komentarzach.
Ps. Może zdarzyło się kilka drobnych błędów, ale sprzęt odmawia współpracy i uporczywie nie pozwala mi normalnie pisać, stale przesuwając tekst w inne miejsce. Muszę przyznać, że tak mnie to wkurza, że poprawiłam tylko największe byki, a na resztę machnęłam ręką, wściekła jak gniazdo os.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz