czwartek, 26 maja 2016

Łowcy VI

Wszyscy podnieśli się, bardziej lub mniej ochoczo, ze swoich miejsc, by wyjść na dach, na spotkanie boga piorunów. Poza Lokim i Raweną, no i Brucem, który jak zwykle nieco się ociągał. 
Gdy w pomieszczeniu zostali już tylko oni, przy czym maruder był już przy drzwiach, dziewczyna wpadła na pomysł. 
- Bruce, zaczekaj momencik!- zawołała za nim, podchodząc z wyćwiczonym, zmartwionym wyrazem twarzy. Loki oczywiście od razu zrozumiał, co się dzieje, ale pozostał neutralny, chcąc najpierw utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko dobrze zinterpretował. Dziewczyna podeszła do niego. Przyjrzał się jej zza okularów w cienkich oprawkach. 
- Um... Bo widzisz... - Była nieco zakłopotana; jak zawsze w takich momentach zawijała na palec kosmyk włosów przy lewym uchu. Był to jeden z tych mimowolnych gestów, na które miło się patrzy. - Chodzi o to, że Thor teraz nic nie wie o całej tej sprawie. Chciałam spytać... Moglibyście mi pomóc mu to wszystko wyjaśnić? Tyle do powiedzenia tego wszystkiego... 
- Oczywiście. Wydaje mi się jednak że to ty wiesz w tej sprawie najwięcej. Może my będziemy mówić, a ty dodawać czy poprawiać, gdy coś będzie nie tak? 
Jego głos był jak zwykle spokojny i monotonny, ale minę miał dobroduszną, widząc jak zakłopotana jest, prosząc o pomoc. Nie robiła tego prawie nigdy, dlatego ciężko było jej odmówić, gdy już się na to zdecydowała.
Uśmiechnęła się do niego serdecznie.
- Dziękuję. Kochany jesteś. 
Fizyk nic już nie powiedział, tylko poszedł na dach, zastanawiając się, jak reszta zareaguje na podjętą za nich decyzję. Ona zaś, zadowolona z siebie, wróciła na kanapę. Ułożyła głowę na piersi bożka, który objął ją ramieniem. Milczał przez chwilę, układając słowa w głowie. 
- Na mnie też stosujesz takie sztuczki? 
Odwrócił głowę w jej stronę, uśmiechając się krzywo. Podniosła na niego oczy, a jej wargi wygięły się mimowolnie w sposób przypominający złośliwą strzygę. 
- To żadna sztuczka. To psychologia. Banner jest pomocny, a ja nigdy nie proszę o pomoc, dlatego nie mógł mi odmówić. Dzięki temu wszystkim nam oszczędziłam powtórki z mojego ataku paniki. Będzie im teraz głupio się wycofać, więc mamy już zagwarantowany spokój. 
- Nie wiedziałem, że taka jesteś przebiegła... 
Jego uśmiech się powiększył, a po chwili już całował ją mocno, wsuwając jej do ust język. Nagle odsunęła się od niego jak oparzona. W jej oczach błyszczała obawa, jak gdyby dopiero teraz zdała sobie z czegoś sprawę. 
- A niech mnie! Loki, Thor przecież nie wie, że my...
Westchnął, wiedząc, do czego to wszystko zmierza. 
- Chcesz go uświadomić? 
- Nie uda się tego utrzymać w sekrecie. Nie z tymi idiotami, komentującymi wszystko, co się da. Dowie się prędzej czy później, a raczej prędzej. 
Jego mina wyrażała zrezygnowanie i ponurą akceptację. Dobry nastrój gdzieś się ulotnił.
- Przyznam szczerze, że nie mogę ci zagwarantować, jak będzie wyglądała jego reakcja. Nie znam go z tej strony, nigdy nie nadarzyła się okazja, by wybadać go pod tym kątem. 
- Jak to?
- Bo nigdy nie miałem oficjalnie kobiety przy swoim boku. Pewnie sądził, że coś ze mną nie tak...
- Nigdy? Jak to możliwe? 
- Opowiem ci o tym innym razem. Słyszę, że są już blisko. 
W tym momencie odsunął się od niej na przyzwoitą odległość, a przez drzwi weszli Avengers, uśmiechając się i rozmawiając z blondynem. Jego donośny głos niósł się ponad innymi, gdy wyrażał swoją ogromną radość z powrotu na Ziemię po jakże długiej, trzytygodniowej nieobecności. Jednak jego radość osiągnęła szczyt, gdy zobaczył brata. Jako że Loki unikał go jak ognia, nie widywali się zbyt często. Brunet zawsze znajdował sobie coś do roboty, w jakimś innym miejscu, kiedy tylko gromowładny pojawiał się w tym samym pomieszczeniu. Niczyjej uwadze nie uszło, że ranił w ten sposób jego uczucia, ponieważ wesołek chodził kompletnie przybity. Rawena często z nim rozmawiała. Zauważyła, że jest o nią zazdrosny: spędzała dużo czasu z Lokim, co jemu nie było dane. Ale udawało im się znaleźć wspólny język, rozmawiali nie raz i nie dwa o zaistniałej sytuacji. Thor starał się zaakceptować fakt, że Loki najzwyczajniej w świecie nie czuł się w jego towarzystwie komfortowo: wręcz przeciwnie, jego obecność przypominała mu dawną gorycz i ból. 
Teraz jednak, widząc go, nie posiadał się z radości. 
- Bra... Loki, jak miło cię widzieć! 
W ostatniej chwili pohamował się przed nazwaniem go bratem: wiedział, jak zostałoby to przyjęte. Czekał na jakąś reakcję, a wraz z nim wszyscy inni obecni, którzy mimowolnie zaangażowali się w tę dziwną relację. Czarodziej, rozłożony na kanapie, z ręką na oparciu, przez kilka chwil nie reagował, po czym obdarzył go spojrzeniem z minimalną ilością zainteresowania i mruknął: 
- Aha. 
Był to niezwykły sukces w ich kontaktach, ponieważ każdy był pewny, że chłopak po prostu wstanie i wyjdzie bez słowa. Thor już się rozpromienił, już chciał coś powiedzieć, kiedy napotkał spojrzenie Raweny. Niemal niezauważalnie pokręciła głową i powiedziała bezgłośnie, by mógł wyczytać z jej ruchu warg "powoli". Uspokoił się więc i stwierdził, że od zbyt dawna nie zaznał przyjemności płynącej z picia kawy, po czym poszedł do kuchni po swój ulubiony napój. Dziewczyna obdarzyła zielonookiego pięknym uśmiechem, a on odpowiedział jej delikatnym wygięciem kącika ust: on również byk zakłopotany. Poprosiła go, by choć spróbował minimalnie ocieplić ich relacje. Robił to dla niej. "Nie mówię, że masz go traktować jak brata, wiem, że to zbyt wiele. Ale proszę, spróbuj się z nim dogadać, jakby był jak wszyscy inni.". Jej prośba zaczęła powoli dawać rezultaty, choć nie było te łatwe. 
- Wiesz, Thor, wiele się wydarzyło, kiedy cię nie było! - Wykrzyknął w kierunku kuchni Tony, uśmiechając się wrednie. Uwielbiał robić ludziom psikusy i chyba właśnie dostrzegł pretekst do kolejnego. Mina mu jednak zrzedła, gdy spojrzał na brunetkę. Gdyby wzrok mógł zabijać, to świat właśnie straciłby Anthony'ego Starka. Przez zaciśnięte zęby wysyczała:
- Ani, kurna, słowa na ten temat. 
W tym momencie jasne było, że była to granica, której nie chciało się przekroczyć, a on właśnie szykował się do skoku. 
- Czy zdarzyło się coś złego? 
Zapytał z kuchni tubalny głos. 
Tony przełknął głośno, patrząc w te oczy, które w tym momencie były naprawdę straszne, i opowiedział. 
- Ciężko to stwierdzić, wiesz? Trochę tak i trochę nie. Ale sporo się dowiedzieliśmy i chcielibyśmy ci to wyjaśnić, wiesz? 
Był zaskakująco poważny, nie odwracając wzroku. Rozluźnił się dopiero, gdy dziewczyna spuściła z tonu i kiwnęła mu głową. Gdyby w tym momencie rozległ się huk, możnaby śmiało uznać, że to wielki kamień spadł z serca miliardera. 
- Czegóż się dowiedzieliście? 
Thor wszedł i usiadł w fotelu, dzierżąc swój ogromny kubek pełen mocnej kawy. Jego miłość do tego napoju była niemal niepojęta, ale mogła to też być cecha "gatunkowa", ponieważ Loki także ją lubił, choć w bardziej zrozumiałym stopniu. Z resztą, on zawsze wszystko robił umiarkowanie, chyba, że sprawa dotyczyła Ravi. Wtedy jego kontrola i opanowanie znikały, zwłaszcza, gdy byli razem, tylko we dwoje, wieczorem... Tak, w TYM nie potrafił zachować umiaru. 
- No bo widzisz... Wypłynęły informacje o... Raw. 
Był zdziwiony, ale jego mina zmieniała się, wraz z rozwojem opowieści. Pojawiały się na niej zaskoczenie, niedowierzanie, konsternacja, obrzydzenie, współczucie, zrozumienie. 
Każdy mówił tyle, ile wiedział, wzajemnie uzupełniali luki w swoich wypowiedziach. Co jakiś czas dziewczyna wtrącała jakąś pominiętą informację albo sprostowanie jakiejś niejasności. Na stole wciąż leżała kasetka z pierścieniami, które Thor z chęcią i zainteresowaniem obejrzał. Poczwórny pierścień pozostawiła na palcu, gdy pozostałe wylądowały w zamknięciu. 
Wreszcie był na bieżąco z całą sytuacją i mogła dokończyć swoją historię. 
- No więc, podejmując przerwany wątek... Po turnieju Sethei mnie znienawidził. Uważał, że to niesprawiedliwe, nie próbował nawet zrozumieć. Sądził, że to jemu powinnam była przyznać wolność. Nie chciał słuchać moich wyjaśnień. Gdy było już po wszystkim, przez pewien czas pomieszkiwałam u mojego kuzyna, a później u siebie. Udało mi się odnowić jako taki kontakt z bratem. Gdy przyjechałam do ojca, miałam zamiar uprosić go, by pozwolił mi go zabrać, lecz nie chciał się zgodzić. Nienawidził mnie po mojej wygranej, dlatego nie chciał mi go oddać. Sethei przyszedł do mnie wieczorem. Błagał, bym pomogła mu uciec. A ja się zgodziłam. Nocą wykradliśmy się z domu. Byliśmy już w połowie drogi, gdy usłyszeliśmy za sobą pogoń. Biegliśmy, ale któryś z nich rzucił nożem i ranił Setheia. Nie mógł biec dalej. Kazał mi uciekać, ratować się. Miałam zaczekać w umówionym miejscu. Obiecałam, że wrócę. Udało mi się uciec, ale pojawił się problem. Bo widzicie... - Zawahała się, niepewna, w jaki sposób to wyrazić. Wzrok wbiła w czubki swoich butów - Przez cały rok gdy nie mieszkałam z nimi, nadal przyjmowałam ten środek, który miał utrzymać rtęć w ryzach, by mnie nie zabiła. Wtedy go nie wzięłam. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam odczuwać skutki zatrucia. Ból, halucynacje, krwotoki, dokuczanie wszystkich uszkodzonych dawniej kości i organów. Nie byłam w stanie wrócić, ani opuścić naszej umówionej kryjówki. Ale nie umarłam. 
- Jak to możliwe? Zatrucie rtęcią w dużej dawce jest śmiertelne. - Bruce, jak każdy naukowiec, musiał zauważyć tę drobną nieścisłość, i zaatakować ją z właściwą naukowcom ciekawością. 
- Dla zwykłego człowieka - tak. Ale nie dla mnie. Bo widzisz, komórki mojego ciała adaptują się do niesprzyjającego środowiska. Gdy zostałam zatruta, na początku faktycznie umierałam. Ale potem mój organizm wykorzystał trujący czynnik. Wykształcił sposób obrony, samemu wytwarzając substancję, która mnie chroni. 
- Jak to możliwe? - Było to coś wielce nieprawdopodobnego. Nigdy nie słyszeli o czymś takim... 
- Rtęć zbija się w takie małe kuleczki. Ta substancja je otacza i izoluje. Choć nadal są obecne w moim organizmie, nie wyrządzają aż tak dużej szkody. Trochę mi przeszkadzają, to muszę przyznać, ale da się to wytrzymać. 
- Przeszkadzają? To znaczy? 
- Są przede wszystkim ciężkie. Poza tym wywołują pewne objawy chorobowe. Niechętnie to przyznaję, ale jestem o wiele słabsza niż mogłabym być, gdyby nie zatrucie. Ale wracając do tematu... 
Zrobiła się jakaś dziwnie wycofana, jak gdyby izolowała się od własnej opowieści. Jak gdyby to nie o nią chodziło. A wszyscy wiedzieli, że nadszedł ten moment. Co sprawiło, że uznała, że jej brat nie żyje? 
-Gdy wróciłam, zastałam spalone ciało. Byłam pewna, że to on. Widziałam jego rzeczy, pierścienie na palcach. Przypadki spalenia kogoś żywcem nie są u nas rzadkością. Nikogo innego nie było. To było oczywiste, że się przenieśli z powodu tego, co zrobiłam. Mój ojciec ma wiele posiadłości, ale nie byłam w nich nigdy wcześniej. Tę znałam, dlatego odeszli: bali się, że mogę spróbować ich zabić. A kiedy opuszcza się stare miejsce, zwłaszcza w pośpiechu, zostawia się to, co nie jest niezbędne. Kiedy zeszłam do piwnicy, wszystko było tak, jak zawsze. Ojciec porzucił wszystkich niewolników. Zajęłam się większością z nich. Pozwoliłam odejść tym, którzy chcieli i zajęłam się resztą. 
- To piękny gest z twojej strony. Postąpiłaś właściwie, pomagając bezbronnym. - Thor patrzył na nią z lekkim uśmiechem otuchy. Ku zaskoczeniu wszystkich zebranych, nie zareagowała tym samym. Była rozgniewana. 
- Thorze, nigdy więcej tak nie mów. 
- Dlaczego? 
- Zrobiłam tak, jak uważałam. Nie potrzebuję oceny moralnej. Kierowały mną inne pobudki niż może ci się wydawać. Zrobiłam to nie dla nich, a dla siebie. 
- Jakim sposobem? Jak można zrobić coś dla innych, robiąc to dla siebie? 
Nie odpowiedziała. Nie chciała o tym z nimi rozmawiać. Nie zrozumieliby. Chciała im pomóc, bo znała ich ból, wiedziała, przez co przeszły młode kobiety i kilku chłopców, którzy pracowali w kuchni... Bo chciała poczuć się lepiej sama ze sobą, pozbyć się wrażenia, że jest potworem... Bo gdyby... gdyby ktoś wtedy pomógł jej matce, to może ona nadal by żyła... 
Z zamyślenia wyrwał ją rzeczowy głos Natashy. 
- No dobrze, ale co się stało tak naprawdę? Przecież on nie umarł, był tu wczoraj w nocy, w twoim pokoju, żeby cię zastraszyć. 
- Nie wiem... Ale cokolwiek się dzieje, nie jest to nic dobrego. Właśnie dlatego Fury odwołał mnie z urlopu: coś się stało. Znaleźli zwłoki dziewczyn, które jakiś czas temu porwano. Były zmasakrowane a przy zwłokach były wiadomości. Były zaawansowane do niego. Fury przesłał mi zdjęcia.
- Matko boska... To z powodu tych wiadomości T.A.R.C.Z.A. się tym zajmuje, prawda? 
Twarz Steve'a lekko pozieleniała. Nigdy nie radził sobie dobrze z takimi sprawami. Był zbyt wrażliwy na ludzkie cierpienie, nie potrafił pojąć, że ktoś może zabić drugą osobę po to tylko, by zostawić wiadomość i zwrócić na siebie uwagę agencji. 
- Owszem. Zaniepokoiła go treść tych listów. 
- Co tam było? 
- Zaczekajcie momencik. 
Wstała i wyszła z salonu. Wzięła zdjęcia ze sobą, gdy przybyła do Stark Tower, czy raczej Avengers Tower, jak brzmiałaby bardziej prawidłowa nazwa. Zawahała się przez moment, stojąc przed swoimi drzwiami, ale jednak weszła. Szybko. W oka mgnieniu znalazła się przy swoim plecaku, wyjęła teczkę na dokumenty i opuściła pokój. To było okropne, cały czas miała wrażenie, że jest obserwowana. Do salonu niemal pobiegła, ale próg przekroczyła już normalnie, jak gdyby nic się nie stało. Położyła na stole teczkę. Już chciała ją otworzyć, ale jej ręką zastygła w powietrzu zaledwie kilka milimetrów nad jej powierzchnią. 
- Ostrzegam tych, którzy niedawno coś jedli, że te zdjęcia są raczej ciężkostrawne i to, co zjedliście, może chcieć do was wrócić. 
Wzięła głęboki oddech i szybkim ruchem położyła zdjęcia na stoliku. 
Zmasakrowane. Tak, jak powiedziała. Pocięte na kawałki, oplątane własnymi wnętrznościami. Każda w jakimś zaułku, przy ścianie umazanej krwią. Po ziemi porozwlekane były jelita i kawałki mięśni. Zostały wybebeszone. Krwawe napisy. Pojedyncze zdania, układające się w list według kolejności dokonywania zbrodni: zdjęcia były uporządkowane. 
- "Dyrektorze Fury, mam dla Pana radę."  - przeczytał na głos Tony, sięgając po kolejne zdjęcie. Pozostali poszli jego śladem. Czytali wspólnie, po kolei. 
- "Niech Pan uważa, komu ufa." 
- "Czasami prawda wychodzi na jaw dopiero po wielu latach."  - odczytała Natasha. 
- "Czasem trzeba ją z kogoś wydusić." - Steve miał kamienną twarz. 
- "Czasem sprawcy wstydzą się swoich zbrodni." 
- "A innym razem są z nich zbyt dumni." 
- "Nie zależnie od tego..." 
- "Ona skłamała." 
- "Wyduś z niej prawdę."  
- "Wszystko pamięta, to nie amnezja. Zapytaj ją." 
- Boże, to wszystko o tobie... 
Bruce patrzył na Rawenę, zaskoczony - Fury posłuchał sugestii mordercy i dotarł do prawdy. 
- Właśnie. Ktoś chce, żebyście poznali prawdę, żebym to ja wam ją powiedziała. A to jeszcze nie koniec... 
- Z kąd taki pomysł? Osiągnął cel. 
Głos Steve'a był twardy. Zdążył już znienawidzić mordercę. 
- Jeszcze nie. Tu chodzi o coś więcej.
- Z kąd taki pomysł? - Powtórzył z naciskiem. 
- Rogers, a czym kończy się list? 
- Podpisem... - Odparł Kapitan nieprzytomnym głosem. Na jego twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. 
- No właśnie. Ja nie widzę tutaj podpisu. On jeszcze nie skończył. 
- Dlaczego on to robi? 
- Nie jestem nawet pewna, że to był mój brat. List w mojej sypialni to z całą pewnością jego sprawka, ale to... to do niego nie pasuje. Mógł przeżyć, zwłoki mogły być podłożone, bym go nie szukała, ale nie mieści mi się w głowie, że byłby zdolny do czegoś takiego... 
- A kto inny mógłby to zrobić? 
- Nikt inny nie przychodzi mi na myśl... 
- Czy w takim wypadku dowody nie wskazują na niego jednoznacznie? - Zapytała Natasha, patrząc po twarzach zebranych. 
- Właśnie o to mi chodzi. - Mówiła twardo, z dużą pewnością siebie. To zmierzało w bardzo szybkim tempie i w bardzo złym kierunku. Tak zaczynają się nagonki, a nagonki nierzadko okazują się przedwczesne, skierowane w złą stronę. - To jest zbyt proste... Życie nauczyło mnie, że nie można opierać się na domysłach. Równie dobrze może to być ktoś, kogo nie wzięłam pod uwagę, chcący nas zmylić, nasłać nas na niego. Takie przypadki zdarzały się zbyt często, żeby to zignorować. Kiedy sprawa jest zbyt oczywista, to coś śmierdzi. A ta sprawa mi osobiście śmierdzi jak zdechły skunks na górze gnijących zwłok. 
- Piękne porównanie, kwiatuszku. 
Stark uśmiechnął się pod nosem, ale nim zdążyła się zdenerwować, dodał: 
- Myślę, że możesz mieć rację. To by się zgadzało. Tylko że teraz niczego nie jesteśmy pewni, mamy zbyt mało informacji. 
- Niekoniecznie... Mam pomysł, jak można to zweryfikować. Może to jednak koniec... Może jest podpis... Wszystkie dziewczyny zostały zabite tu, w Nowym Yorku! - Wykrzyknęła z miną, jakby właśnie doznała olśnienia. 
- Da się załatwić mapę? 
- Co ty kombinujesz? - Zdziwił się Clint. 
- Zobaczycie. Stark, to co z tą mapą? 
- Jarvis jest w stanie wygenerować ci dowolną mapę na dole, w moim warsztacie. 
- To chodźcie. 
- Hej, co wymyśliłaś?!
Kapitan zawołał za nią, ale nie słuchała. Szybkim ruchem zgarnęła zdjęcia ze stołu i już jej nie było. Zatrzymała się dopiero przy drzwiach windy. Chcąc, nie chcąc, wszyscy podnieśli się i ruszyli za nią. Kiedy już wcisnęli się do środka, zaczęli mozolnie przemieszczać się na sam dół, do warsztatu Starka. Sytuacja była niezwykle komiczna.
- Avengers jadą windą, ściśnięci jak sardynki w puszce, słuchając muzyczki, do warsztatu, żeby zobaczyć wskazówki od seryjnego mordercy. Jak w jakiejś mrocznej parodii serialu komediowego. 
Jej komentarz nie obył się bez salwy śmiechu, nie czuło się w nim jednak wesołości. Był to śmiech gorzki jak syrop na kaszel, ciężki i gryzący jak smród, który powoli zaczął ogarniać całą sprawę. 
Gdy winda dotarła wreszcie do celu, wylali się z niej, czując się, jak gdyby spędzili tam wieki. Warsztat Tony'ego był niezwykle podobny do jego warsztatu w domu, jedyna różnica polegała na tym, że zamiast samochodów były tam zbroje. Na środku, na podłodze był duży, czarny panel do trójwymiarowych symulacji. Na metalowych stołach walały się narzędzia, pojedyncze kawałki zbroi i kable. 
- Tony, musisz koniecznie zająć się rozmiarem tej cholernej windy. - Wysapał Burton. 
- Albo ty swoją wagą, grubasie. - Odgryzł się. 
- Moja waga ma się dobrze, dziękuję za troskę. Ale ta...
- Przestańcie zachowywać się jak dzieci. - Skarciła ich Rawena. - Jarvis, czy mógłbyś wygenerować mi kompletną mapę Nowego Yorku? 
- Oczywiście. Proszę bardzo. 
Gdy głos Jarvisa ucichł, nad podłogą pojawiła się mapa, wykreowana przez niebieskie światło z czujników. Rawena stanęła na jej krawędzi, zastanawiając się przez chwilę, od czego zacząć. Była całkowicie zatopiona w swoich myślach, nie zwracała uwagi na otoczenie. Nie widziała, jak Loki z zainteresowaniem przyglądał się mapie z kąta pokoju, ani jak wszyscy uważnie ją obserwowali. Myślała bardzo intensywnie. 
- Jarvis, czy mógłbyś oznaczyć dla mnie kilka punktów? Najlepiej tak, żeby dało się rozpoznać kolejność. 
- Oczywiście. Proszę jedynie podać owe punkty. 
- Miejsca dokonywania kolejnych zabójstw. 
Zerknęła na trzymany w ręku plik papierów, i kolejno odczytywała zapisane na odwrocie nazwy ulic i dzielnice NY. 
- St Nicholas Ave na Manhattannie. 
Nad podanym przez nią miejscem pojawił się czerwony znacznik z numerem 1. 
- Teraz Lexington Ave, Manhattan. Metropolitan Ave, Brooklyn. Bushwick Ave, Brooklyn. Eagle Ave, Quins. Francis Lewis Blvd, Quins. Tanglewylde Ave, Bronx. University Ave, Bronx. Alexander Ave, Long Island. Long Island Motor Parkway, Long Island. 
Nad każdym z dziesięciu miejsc zabójstw pojawiał się znacznik. Punkty nie układały się w żaden charakterystyczny sposób, niczym losowo wybrane miejsca. 
- Zaraz, zaraz... One są parami! NY ma pięć dzielnic. Dziesięć zabójstw. Po dwa na dzielnicę. Ale to nam nic nie mówi... Wynikałoby z tego, że cykl jest zakończony, ale wciąż w takim razie brakuje nam podpisu na końcu listu... 
- Czemu się tak uparłaś na ten podpis? - Wyrzucił jej Steve. 
- Zobaczysz, jak skończę. Mam pomysł... Dzięki Jarvis, możesz schować mapę. 
- Cieszę się, że mogłem pomóc. 
Mapa zniknęła, zaś dziewczyna podeszła szybko do jednego z wielu metalowych stołów, postawionych w kilku miejscach. Oparła się o niego płasko dłońmi i spojrzała na zdjęcia. Wpadła na pomysł; zwróciła się w stronę filantropa. 
- Stark, masz gdzieś w tym syfie jakiś długopis? 
- Wypraszam sobie, to nie jest syf. Doskonale wiem, gdzie co się znajduje. A długopis mam w kieszeni. 
Wyciągnął ciężki, czarno - srebrny długopis, jeden z tych, które dostaje się na pamiątkę jakiegoś ważnego wydarzenia, i podał go jej. Na odwrocie jednej z fotografii zaczęła szybko wypisywać nazwy ulic, po kolei, jedna pod drugą, litera pod literą. Nie zwracała nawet uwagi na pozostałych. Loki stanął za nią i uważnie śledził jej poczynania, podczas gdy inni starali się znaleźć sobie jakieś zajęcie. Thor, z braku lepszego pomysłu, oparł się o ścianę i, z lekką zazdrością, obserwował brata, który najwidoczniej dobrze czuł się w towarzystwie młodej, pięknej i inteligentnej, ale mimo wszystko OBCEJ kobiety, ale nie był w stanie przebywać z nim, choć razem się wychowali. Natasha chwyciła klucz francuski i obróciła go kilkukrotnie w dłoni. 
- Wiesz, czy nie wiesz, ale chyba powinieneś tu nieco posprzątać, nie sądzisz? - Mruknęła, nie odwracając wzroku od tępego narzędzia. 
- Czy ja wam się wpieprzam w robotę? To mój warsztat i jeśli chcę, żeby było, jak jest, to będzie! 
Tony zdążył się już lekko zirytować, co pozostali przyjęli z dużym entuzjazmem. Nie często zdarzała się taka okazja do wkurzenia go, w odwecie za wszystkie jego komentarze zaczęli więc kolejno dolewać oliwy do ognia. 
- Już wiem, czemu zawsze spędzasz tu tyle czasu. Ty zwyczajnie się gubisz w tym bajzlu! - Powiedział Clint. 
- Burton, może pogadamy o  twoim syfie, co? 
- Czyli przyznajesz, że to syf? 
Nawet Kapitan nie oparł się pokusie, jaką niewątpliwie była możliwość uczestniczenia w tej osobliwej dyskusji. Założył ręce na piersi i lekko się uśmiechał. 
- Geniusz tkwi w chaosie! - Odezwała się zielonooka, nie odrywając się od swojego zadania. 
- Czy ty właśnie nazwałaś mnie geniuszem? 
- Stark, twoje ego jest już dostatecznie rozdmuchane, sądzisz, że byłabym dość głupia, żeby pogarszać ten stan? To był tylko luźno rzucony komentarz który, jak się okazuje, doskonale pasuje do naszego mordercy. Sam zobacz. 
Odsunęła się od blatu, dając im swobodny dostęp do swojego odkrycia. Gdy jednak wpatrywali się w kartkę, nie do końca rozumiejąc, o co jej chodzi, pokręciła z politowaniem głową i wyjaśniła: 
- Ulice wydają się przypadkowo wybrane, bez ładu i składu, tyle tylko, że po dwie na dzielnicę. Ale w tym chaosie jest geniusz. Zobaczcie... Pierwsza ulica, pierwsze morderstwo, pierwsza litera: S. Druga ulica, drugie morderstwo,  druga litera: E. Idąc tym tropem, otrzymujemy ciąg liter: SETHEIWIRD. Nie zwróciłam na to uwagi, ale każde zabójstwo dzieliły dwa dni, z wyjątkiem szóstego i siódmego, między którymi okres był dwukrotnie dłuższy.  Daje nam to spację pomiędzy słowami, czyli SETHEI WIRD. Co oznacza, że mamy podpis. Myliłam się, list jest zakończony. Od ostatniego zabójstwa, które miało miejsce w dniu mojego przyjazdu, minęły dwa dni do chwili otrzymania listu. Co oznacza, że cykl się powtórzy, ale tym razem na innych zasadach. Pozostanie jedynie okres pomiędzy wiadomościami. 
- Ale co TO ma niby znaczyć? Pierwsze słowo to imię twojego brata, a to drugie? - Powiedział skonsternowany Stark. 
- Sądzę że to imię kolejnego adresata. 
- Ale przecież to ty jesteś kolejnym adresatem. 
- No właśnie. Wird to właśnie ja. 
Zapanowała cisza. Wszyscy próbowali przyswoić nowe informacje. 
- Ale... Ale jak to? 
Steve miał minę, jak gdyby ktoś walnął go pięścią w twarz i nie bardzo wiedział, kto, kiedy, jak i za co. Dziewczyna nie wytrzymała i zaczęła się śmiać. Ich oczy były jeszcze większe, bo brunetkę nie łatwo było rozbawić. Jej śmiech brzmiał dziwnie obco, lecz ładnie. Jak srebrne dzwoneczki. 
Zaczęła się powoli uspokajać. Wytarła oczy z łez śmiechu. 
- Steve, gdybyś tylko widział swoją minę... O Boże... 
- Jestem tu. 
Komentarz Lokiego przeważył szalę. Wszyscy ryknęli śmiechem i już po chwili tarzali się po podłodze, oczywiście z wyjątkiem Thora, który rzadko kiedy rozumiał padające dowcipy, Lokiego, który tylko śmiał się cicho pod nosem, i Raweny, która jedynie cudem utrzymywała pozycję stojącą. Wciąż walcząc o oddech powiedziała: 
- Ja mam na imię Wird, takie mi nadali rodzice!
Powiedziała to takim tonem, jak gdyby było to coś całkowicie normalnego, jak gdyby każdego dnia ludzie dowiadywali się, że ktoś ma na imię inaczej, niż sądzili przez dziewięć lat. Ale dla nich było to dziwne i surrealistyczne. Przestali się już śmiać. Podnieśli się z ziemi w całkiem dobrych nastrojach, przez co nieco łatwiej było im przyjąć do wiadomości, że zostali w pewien sposób okłamani. Thor zabrał głos jako pierwszy. 
- Dlaczego więc nikomu z nas nie przedstawiłaś się prawdziwym imieniem? 
- Kiedy przyszłam do agencji, nikomu nie ufałam. Bałam się, że ojciec mnie znajdzie i wyciągnie wobec mnie konsekwencje, mimo, że nie bardzo miał do tego prawo. Poza tym chciałam odciąć się od dawnego życia. Wymyśliłam sobie nowe imię i nazwisko. 
Wyruszyła ramionami, uśmiechając się niesymetrycznie. Było jej trochę głupio, że tak to wyszło... Jak gdyby nigdy nie powiedziała im prawdy, jak gdyby to wszystko było kłamstwem. Widziała, że dla Steve'a był to mocny cios. Był Kapitanem, musiał znać swoich ludzi i im ufać, skoro wzajemnie powierzali sobie życie. Tymczasem okazuje się, że nic o niej nie wiedział, byli okłamywani. 
- Nie ufasz nam? 
W jego głosie słychać było stal. Westchnęła, patrząc na niego z rezygnacją. 
- Steve, to nie tak. Postaw się na moim miejscu. Miałam dwanaście lat, trafiłam do obcych ludzi, bałam się. Wolałam zachować ostrożność. Później zaś ciężko było nagle stwierdzić: wiecie co, tak naprawdę mam inaczej na imię. Jedno kłamstwo pociąga za sobą kolejne, stracilibyście do mnie zaufanie. I zaczęłyby się pytania, na które nie byłabym w stanie odpowiedzieć.
Zapadła krępująca cisza, więc Natasha odezwała się: 
- Wyjaśnimy to sobie potem, starczy tych dygresji. Czyli to był jednak on? 
- Nie. Ten podpis dowodzi, że to nie on. 
- Zaraz, zaraz! - Tony już zaczął szukać dziury w całym. 
- Przecież to jego imię. I twoje. Wszystko wskazuje na niego jednoznacznie. 
- No właśnie. Nie mówcie mi, że wam tu nic nie śmierdzi. To zbyt idealne, zbyt proste. 
- Właściwie, to rzadko kiedy zdarza się, że wszystko jest tak łatwe... - Powiedział Banner, który dopiero teraz został tak naprawdę zauważony. Siedział sobie na stołku gdzieś w kącie, nikomu nie wadząc. 
- Dokładnie. Poza tym dobrze znam Sethei'ego. Nienawidzi symboliki, numerologii i tego typu rzeczy. Nigdy w życiu nie zrobiłby czegoś takiego, uważa to za stratę czasu. To ktoś inny, kto chce, żebyśmy myśleli, że to Sethei. Ktoś, kto zna jego plany, wiedział, kiedy zabijać, żeby nas zmylić, że to wszytko on. Ale tak naprawdę mój brat zostawił nam dotąd tylko jedną wskazówkę, reszta to podpucha. 
- Ale kto to mógł być? 
To właśnie było najważniejsze pytanie. Wszyscy patrzyli na nią z wyczekiwaniem, ona jednak jedynie pokręciła głową, zrezygnowana. 
- Nie wiem... Ale znam kogoś, kto będzie wiedział. 
............................................................
- Nie, nie i jeszcze raz nie!  Nie zgadzam się na to! 
Rozgniewany głos Lokiego niósł się po całym salonie, uniemożliwiając pozostałym nieuczestniczenie w dyskusji, w której tak czy inaczej nie dało się zabrać głosu. Loki przechadzał się w tę i z powrotem przed kanapą, na której siedziała Wird. Była spokojna i niewzruszona, co zdawało się jeszcze bardziej go podjudzać. 
- Po pierwsze - Odezwała się złowrogo monotonnym głosem osoby idealnie spokojnej- jeżeli chcę spotkać się z moim kuzynem, to się z nim spotkam, niezależnie od tego, co ktoś o tym myśli. PO DRUGIE - podniosła głos, widząc, że jej kochanek chce się o to spierać - mój kuzyn nie stanowi dla mnie najmniejszego zagrożenia. Po trzecie, jeśli on czegoś nie wie, to taka informacja nie istnieje. A po czwarte... NIE TY BĘDZIESZ MI MÓWIŁ, NA CO SIĘ ZGADZASZ, A NA CO NIE!  
Wybuch nastąpił niespodziewanie, podniosła się z kanapy i stała naprzeciw niego, patrząc mu w oczy z wściekłością. Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie, kłótnia przerodziła się w sprzeczkę kochanków. Pozostali natychmiast wycofali się do kuchni, chcąc zejść z pola rażenia tej dwójki. 
- Właściwie, dlaczego Lokiego tak bardzo martwi ta sprawa? To kwestia dotycząca Raweny, nie jego... 
Thor mruknął do Bannera, zastanawiając się, czemu jego brata obchodzi los ich przyjaciółki. Pamiętając jednak jej wcześniejszą przestrogę, nikt nic nie powiedział, skupiając się na podsłuchiwaniu toczącej się w salonie kłótni. Niewiele jednak udało im się usłyszeć. Ich głosy stały się złowieszczo ciche. 
- Ja też mam coś do powieszenia. 
- I już powiedziałeś. Jesteś przeciwny i ja to szanuję. Ale nie możesz mi tego zabronić. 
- Mogę i zrobię to. 
- Nie, nie możesz!  Nie jestem twoją własnością. 
- Nie dbasz o własne bezpieczeństwo... 
- Nie prosiłam, byś robił to za mnie. 
- Nie chcę żeby coś Ci się stało. 
Położył jej ręce w talii i przyciągnął ją lekko do siebie tak, że stykali się biodrami. 
- Nic mi się nie stanie. 
- Nie można mieć pewności. 
- Nie ufasz mi? 
Zamiast odpowiedzieć, pocałować ją. Głęboko, przyciskając do siebie drobne ciało. Stęknęła mu w usta, gdy jego język wślizgnął się między jej wargi i dalej, do środka. 
- Po prostu martwię się o ciebie - szepnął, gdy ma moment oderwał się od niej, momentalnie znów wpijając się w jej usta. 
- Loki, Thor o nas jeszcze nie wie, to nierozsądne... 
- Jak raz się z nią zgadzam - Tony jako pierwszy wszedł do pokoju, żeby "wybadać teren"- Skoro już przestaliście skakać sobie do gardeł i zaczęliście wylizywać sobie nawzajem wnętrzności, to chyba możemy wrócić do tematu, co? 
Odsunęli się od siebie, siadając na kanapie w pewnej odległości. 
- Tony, błagam... 
- Zawieszenie broni, można wrócić na poligon! - Krzyknął, a pozostali Avengers wrócili na swoje miejsca. 
Kapitan był już widocznie niezadowolony ich słownymi potyczkami. Siedzieli więc spokojnie, chwilowo tracąc rezon. 
- Rav... Wird... Eh...
- Mów, jak Ci wygodniej, mnie to obojętne. 
- Nie ważne. Jesteś pewna, że twój kuzyn może wiedzieć coś na ten temat? 
- Jeśli on nie wie, to nie wie nikt. On wie ZAWODOWO. 
- Więc trzeba będzie złożyć mu wizytę. 
- Chociaż ktoś jest po mojej stronie! W takim razie jutro go odwiedzę. 
Zaczęła już podnosić się z kanapy, uznając dyskusję za zakończoną, jednak Kapitan powstrzymał ją gestem dłoni.
- Nie zrozumiałaś moich intencji. Nie myślisz chyba, że puścimy cię tam samą, prawda? 
- Co?! 
- No właśnie. Ja jadę z tobą. 
Loki już wyrwał się do tego pomysłu. 
- Uważam, że wszyscy winniśmy udać się tam razem. - Dodał Thor. 
- Ale... 
- Otóż to!  - Jej protest został uciszony przez kolejne wyrażanie aprobaty dla pomysłu. Jedynie Banner nie był do końca przekonany, czy TEN DRUGI powinien być wystawiany na pokuszenie, ale ostatecznie uznał, że może... 
- Chwila, chwila, chwila!!!  Nie ma nawet mowy! Sami wystawiacie się na niebezpieczeństwo. 
- Przed chwilą mówiłaś, że nic ci tam nie grozi. - Zauważył Loki. 
- Owszem, MI nic nie grozi. W przeciwieństwie do was. Jesteście ludźmi, idioci!  Nie mam pojęcia, na jaką reakcję możemy liczyć, nic!  To się nie może udać. 
- Po prostu nie chcesz, żebyśmy widzieli cię w "służbowym wydaniu", co nie? - Zapytał Stark, zadowolony z siebie. 
- Oczywiście że nie chcę, ale to nie ma nic do rzeczy. Nie mogę ot tak wparować do mojego kuzyna z wami ze sobą! Po pierwsze dlatego, że jesteście tam obcy, czyli nieproszeni. Po drugie, Avengers raczej nie sprawią, że będzie zadowolony. Po trzecie jesteście ludźmi, a po czwarte... Nie chciałam tak tego ująć, ale... będziecie tam tylko zawadzać. Poza tym... Nie chcę, żebyście tam byli. 
- Ale dlaczego nie? - Zapytał Clint. 
Odpowiedź ich zaskoczyła, wypowiedziana smutnym szeptem. 
- Bo zbyt mocno mi na was zależy. Nie chcę żebyście wiedzieli, jak muszę się zachowywać, kiedy tam jestem i nie chcę, żebyście wiedzieli, jak tam jest. To całkiem inny świat, przerażający. Kiedy zobaczycie jak tam jest... znienawidzicie mnie albo zaczniecie się mnie bać. A ja tego nie chcę. 
Podniosła się i wyszła z pokoju szybkim krokiem, a Loki pobiegł po chwili za nią, rzucając tylko krótkie: zajmę się tym. 
Thor był w głębokim szoku. 
- Co się tutaj dzieje? Przestaję pojmować całą tę sytuację. Co mu się stało, gdy mnie nie było? 
Nikt nie raczył mu odpowiedzieć. 
.....................................................................
- Zaczekaj, proszę! 
Brunet krzyczał za nią, ale nie reagowała, co chwilę przyspieszając kroku. Chciała być sama, chciała odpocząć od tego wszystkiego... Przemierzała coraz szybciej korytarze, pragnąc zaszyć się w swojej pracowni, gdzie mogła odciąć się od całego świata.
Nagle poczuła jak ktoś mocno ciągnie jej nadgarstek. Odwróciła się, chcąc na niego krzyknąć, ale uniemożliwił jej to gwałtownym, pełnym pasji pocałunkiem. Przez moment stała, zaskoczona, by w końcu odpowiedzieć tym samym. 
- Proszę, nie bądź taka kategoryczna względem tego pomysłu. - Powiedział cicho, odsuwając się nieco od niej. 
Westchnęła. 
- Spróbuję to przemyśleć. 
- Obiecujesz? - Zapytał z nadzieją w głosie. 
- Obiecuję. 
Przytuliła się do niego, czując się pokonana. Stali tak przez chwilę, na środku korytarza, niczym się nie przejmując. 
- Co chciałabyś dzisiaj robić? 
Spojrzała na niego, zaskoczona. W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko, pokazując idealne, białe zęby.
- Przecież nie mamy obowiązku spędzania z nimi czasu. Możesz wysłać im wiadomość przez to przeklęte urządzenie. Więc pytam, co moja zielonooka bogini ma ochotę dziś porobić? 
Lekko przeczesał jej włosy, nie tracąc wesołości. Uśmiechnęła się i, chwytając jego dłoń, pocałowała jej wewnętrzną stronę. 
- Wiem, na co miałabym ochotę. 
Jego twarz przyozdobił perwersyjny wyraz oczu a ręka zaczęła podążać w dół jej szyi... Została jednak powstrzymana. 
- Nie o to mi chodziło. 
- To o co?- był zaskoczony. 
W odpowiedzi zacisnęła usta, starając się ukryć wesołość, pokręciła głową i wyjęła telefon. Bardzo szybko napisała SMSa do Steve'a: "Może umówmy się, żeby na razie pozostawić sprawę otwartą. Nie mówię nie, ale nie wyrażam na to zgody. Muszę to przemyśleć. Ps. Jeśli Tony powie coś Thorowi, to go zabiję. Niech ma to na uwadze." 
Odłożyła go z powrotem do kieszeni, wspięła się na palce, by pocałować boga w kącik ust. Z uśmiechem złapała go za ręce i, idąc tyłem, by nadal móc patrzeć mu w oczy, pociągnęła za sobą. 
- Chodź. 
Zaprowadziła go do jednego z pokoi w swojej części budynku. Loki był tam dotąd tylko kilka razy, ponieważ dziewczyna raczej nie życzyła sobie czyjejś obecności w pracowni. Było to przestronne pomieszczenie ze ścianami pomalowanymi na spokojny odcień szarości, z drewnianą podłogą z wytartego, szarego drewna, które kiedyś zostało pomalowane na biało, ale obecnie łuszcząca się farba i drewno walczyły ze sobą o to, które z nich zajmie większą powierzchnię. Po prawej było okno. Wszędzie były przykryte białym materiałem płótna malarskie w różnych rozmiarach i kształtach, oparte o ściany i o siebie nawzajem. Każde z nich zostało przez nią pokryte obrazem i każde zakryte, nie tylko po to, by chronić je przed kurzem i wszelkimi innymi ewentualnymi czynnikami niszczącymi, ale też dlatego, że nie lubiła patrzeć na swoje dzieła. Wydawało jej się to... niewłaściwe. 
Na ścianie naprzeciwko drzwi był zwykły, metalowy zlew, pod nim zaś ustawione na ziemi butelki. Były to środki do usuwania farb. 
Po lewej, oprócz mnóstwa obrazów, była także pokaźna ilość niezamalowanych płócien, czekających na swoją kolej. Na prawo, nieopodal okna, stał prosty, drewniany stół, a na nim leżała dość duża, niewysoka skrzynka z drewna i niewielka miska z owocami - czasem spędzała tu całe dnie, dlatego musiało być tam coś do jedzenia. Za stołem zaś, duża sztaluga malarska, obok niej stołek a na nim paleta, i przystawione krzesło. Było to wszystko, co znajdowało się w pokoju. 
Poprowadziła go do stołu i stanęła, patrząc mu w oczy. Był lekko niepewny - nie wiedział, czego może się spodziewać, czego od niego oczekuje. Ich ręce nadal były złączone, opuszczone między nimi. Brunetka podniosła je, zamykając jego wyprostowane dłonie w swoich, drobnych, i lekko przykładając do nich blady policzek. Przymknęła oczy, wtulając się bardziej w jego dłonie. Z pomiędzy jej bladych warg wydobyło się lekkie westchnienie, owiewając jego skórę ciepłym oddechem. Rozłożyła jego ręce, przyciskając policzek do lewej, a prawą kładąc sobie na szyi. Odwróciła głowę i pocałowała jego linię życia, by następne przesunąć nią w taki sposób, że czubki jego palców przesunęły się pod jej zamkniętymi oczami. Spojrzała na niego. Przyglądał się jej uważnie z lekko rozchylonymi ustami. Jego oddech był nieco cięższy, oczy pociemniałe. 
- Uwielbiam twoje dłonie... są przepiękne. 
Przesunął się bliżej niej, ich usta niemal się stykały. W jego oczach widziała pragnienie, ale miała inne plany. 
- Chcę je namalować. 
Zaskoczyła go. Nie spodziewał się takiej prośby... 
- Po co? - Jego głos był ochrypły od rodzącego się w nim pożądania. 
- Bo chcę. Sprawi mi to przyjemność. 
- Mam inny pomysł, jak mógłbym Ci sprawić przyjemność... Skoro tak lubisz moje dłonie, to chyba wiem, jak to wykorzystać... 
- Wiem o tym. Ale chcę je... NAJPIERW namalować. 
Kryjąca się za tymi słowami obietnica momentalnie pobudziła do pracy jego wyobraźnię. Uśmiechnął się lekko, nadal się nie odsuwając. 
- A, jeśli się zgodzę, mogę potem liczyć na jakąś nagrodę? 
Zamiast mówić, pocałowała go. Ich wargi zdawały się walczyć ze sobą w zmysłowym tańcu... Tańcu, który ona szybko przerwała. 
- Jeśli będziesz grzeczny, to się zastanowię. 
Zaśmiał się pod nosem, nie spuszczając z niej wzroku. Pochylił się nieco, by szepnąć jej do ucha, muskając je przy okazji ustami i owiewając chłodnym oddechem, jak ona wcześniej: 
- Jestem wobec tego do twojej dyspozycji. 
Uśmiechnęła się radośnie i odsunęła szybko, niemal biegnąc po czyste płótno. Wybrała średniej wielkości leżący prostokąt, którego boki tylko nieznacznie różniły się od siebie długością i od razu umieściła go na sztaludze. 
- Co mam robić? 
Loki wydawał się nieco zagubiony w tym wszystkim, ale chyba nie chciał dać tego po sobie poznać. Uśmiechnęła się delikatnie, podchodząc z powrotem do niego. 
- Muszę wymyślić, jak cię ustawić... 
- Miały być same dłonie... - Zdenerwowany, zmarszczył czoło. Chyba nie czuł się zbyt dobrze w swojej roli. 
- Owszem. Muszę je jakoś ładnie wyeksponować. - Splotła ich ręce, starając się w ten sposób go uspokoić. - Masz takie piękne, długie palce... Chcę, żeby to było dobrze widoczne. 
- Yhm... 
- Hej, nie denerwuj się tak! 
Zaśmiała się cicho, całując go ponownie. 
- Odpręż się, przecież nie będę cię torturować!
Prychnął pod nosem, nieco rozbawiony. 
- To dla mnie nowa sytuacja. 
- Déjà vu. 
............................................................
Całowali się głęboko, gdy siedziała na nim okrakiem na fotelu w ogrodzie. Ich oddechy przyspieszyły, stały się bardziej urywane. Jedną rękę trzymała w jego włosach, drugą na brzuchu. On drażnił palcami jej uda, a drugą ręką delikatnie muskał brzuch i pierś... Gdy jednak jego zwinne palce próbowały wśliznąć się pod koszulkę dziewczyny, zaprotestowała. Uszanował to i przestał. Stykali się czołami, gdy ich oddechy się uspokajały. 
- Musisz mi powiedzieć, o co chodzi. Przecież nie o to, że cię dotykam, nie przeszkadza ci, gdy robię to przez ubranie. 
- Loki... 
- Nie chcę cię zmuszać, wiesz, że nie jestem taki. Pragnę, żebyś ty chciała być przeze mnie dotykana, i wiem, że tak jest, lecz coś cię powstrzymuje, a ty nie chcesz powiedzieć mi co. 
- Masz rację. Chcę, ale tak strasznie boję się, że rozczaruje cię to, co zobaczysz... 
- Niby jak miałoby mnie rozczarować twoje ciało? - Zapytał ostro.
- Loki... 
- Powiedz mi. Jest coś, czego nic wiem, czy tak? Co to jest? 
- Nie powiedziałam ci, że... Kiedy wygrałam turniej... Każdy Uznany przechodzi... skaryfikację. To taki... 
- Wiem, co to jest. Chcesz mi powiedzieć, że, gdy miałaś dwanaście lat, kiedy wygrałaś, nadali ci znaki siły? 
- Tak. 
- Nie rozumiem, dlaczego w takim bądź razie nie chcesz mi ich pokazać. Nie jesteś z nich dumna? Nie są piękne? 
- To nie jest takie proste. Jestem dumna, a wzory są... przepiękne. Ale to coś tak niecodziennego... prywatnego... 
- Nie musisz już nic mówić. Teraz rozumiem. Dla mnie to bez sensu, ale rozumiem i mogę jeszcze zaczekać. 
- Jesteś smutny... 
- Oczywiście że tak. Tu już nie chodzi o seks, ale o zaufanie. Nie wiem, co jeszcze mógłbym zrobić, żeby przekonać cię o prawdziwości moich afektów. Że nie odejdę. Ale zaczekam, aż mi zaufasz na tyle, by to pojąć. Potrafię czekać, jeśli warto, a na ciebie, owszem, nawet w nieskończoność. 
Loki po tych słowach wstał i wyszedł.
Siedziała tak jeszcze przez chwilę, rozmyślając. Jemu na tym zależało, a ona mu odmawiała... Poczuła się winna. Do oczu napłynęły jej łzy, oddech stał się płytki. Schowała twarz w dłonie i rozpłakała się. Nie chciała go odtrącać, ale nie chciała też TEGO... Nie rozumiała, dlaczego tak bardzo mu na tym zależało, skoro ją kochał... Czuła się rozbita i przestraszona, nie wiedziała, co robić. Może mogłaby się jakoś przemóc? Lubiła, kiedy ją dotykał, może z nim nie byłoby jej tak źle... Obawa przed pokazaniem mu wzorów była prawdziwa, ale przeważała w niej obawa przed samym aktem. Zamknęła oczy, wypłakawszy się wreszcie. Kochała go, więc przecież mogła to dla niego zrobić, prawda? Będzie ją dotykał... Może nie będzie tak źle? 
....................................................
Rozległo się cichutkie pukanie do drzwi. Loki, siedzący na swoim łóżku w mdłym świetle lampki nocnej, był zaskoczony, ale machnął ręką, by drzwi nieco się uchyliły. Wychynęła zza nich głowa Ravi. 
- Mogę wejść? - Mówiła cicho, jak gdyby czegoś się bała. 
- Oczywiście - odparł bez entuzjazmu. 
- A... Mógłbyś zamknąć oczy? To taka... niespodzianka. 
Uniósł brwi, zaskoczony. Niespodzianka? Zamknąć oczy? Ale, mimo zdziwienia, zrobił to, o co go poprosiła. 
Słyszał, jak drzwi się za nią zamykają, i jej kroki, gdy podchodziła do niego. Jest boso? 
Jej delikatne dłonie dotknęły jego twarzy, lekko ją unosząc. Gdyby teraz otworzył oczy, patrzyłby na jej twarz. 
- Już. 
Jej głosik był drżący, niepewny. Spojrzał na nią. Miała na sobie sięgającą za pośladki koszulę. I nic więcej. Głowę miała spuszczą tak, że przesłaniały ją włosy, ręce opuszczone wzdłuż ciała drżały. Spojrzał na jej odsłonięte nogi. Jej skórę pokrywały delikatne blizny, tworzące przepiękne wzory. Delikatne zawijasy i mnóstwo kwiatów. Wstał, zmuszając się do oderwania od nich wzroku. 
- Pochylasz głowę... Wstydzisz się czy boisz? 
Czubkami palców delikatnie przesunął po jej policzku, od skroni aż do brody, lekko ją unosząc, by na niego spojrzała. Jej oczy były takie szczere, widać w nich było całą jej duszę, delikatną i zlęknioną. Pogłaskał jej policzek raz jeszcze, po czym powoli i ostrożnie złożył na jej miękkich wargach delikatny pocałunek. I raz jeszcze. I ponownie. Całowali się bardzo delikatnie, pełnymi miłości muśnięciami warg. Jedną dłonią ujął jej twarz, a palcami drugiej zaczął powoli, ostrożnie zjeżdżać w dół jej szyi, przez nieznane terytorium, którego nigdy nie widział, czyli jej obojczyki i mostek, aż dotarł do jedynego zapiętego guzika, który utrzymywał razem poły koszuli. 
Odpiął go i pozwolił, by materiał zginął się i opadł na ziemię. Patrzył jej przez chwilę w oczy, gdy oddychali tym samym powietrzem, po czym ostrożnie spojrzał na nagie ciało. Była bardzo szczupła i drobna, pod jej skórą delikatnie rysowały się kosteczki i mięśnie. Ale to właśnie skóra przykuwała jego uwagę. 
Wyglądała, jak gdyby była ubrana w białe koronki. Jej obojczyki były pokryte delikatnymi zawijasami, które zagęszczały się w kierunku mostka i barków, zmieniając się w listki i łodyżki, oraz w cudowne kwiaty. Gęsty wzór szedł dalej, by ponownie się zmienić nad jej łokciami, gdzie się skończył, podczas przechodzenia po mostku... Zawijasy lekko wchodziły na piersi u ich podstawy, ale nie pokrywały ich. Przechodziły zamiast tego między nimi i po żebrach, by ponownie pokryć gęsto brzuch i znów rozejść się na boki nad pępkiem, tworząc puste koło o subtelnych brzegach, nadal jednak pokrywając boki i biodra. Od bioder pojedyncze linie wiły się, by zamknąć koło tuż nad jej łonem, minimalnie je znacząc. Jej długie nogi stanowiły piękne i idealnie symetryczne pola zagęszczeń i przerzedzeń, a linie kończyły się przed jej stopami, nie wchodząc na nie. 
Patrzył na to z niemym podziwem. Wyglądała jak dzieło sztuki... W jej oczach widział niepewność, ale kolejne pocałunki zaczęły ją rozwiewać. 
- To takie piękne... 
Czubkami palców ostrożnie zaczął wodzić po jej ciele, odkrywając coś niezwykłego. 
- To są blizny... a mimo to twoja skóra jest gładka i delikatna. Nie czuję ich pod moim dotykiem.
Dziewczyna jęknęła mu w usta, gdy jego dotyk powodował u niej drżenie. Jej ciało reagowało na każdy impuls, który jej dawał, poddając mu się. Było w tym coś wspaniałego: tak silna kobieta stawała się wobec niego uległa i ufna... Ostrożnie zaczął badać nowe terytorium dłońmi i ustami, a jej jęki były dla niego najwspanialszą nagrodą, podniecając go. Wszystko było takie spokojne i delikatne, takie jak powinno. Nie chciał być dla niej ostry... Może kiedyś, za jej zgodą, gdy przestanie bać się takich rzeczy, ale nie teraz. Teraz miał przed sobą istotkę delikatną jak wzory, które całował, i musiał... chciał to uszanować. Jej dłonie nieśmiało zaczęły dotykać jego pleców, ramion, brzucha... Nieporadność, gdy rozpinała guziki jego koszuli, tak bardzo jej przecież obca, była dla niego jak prezent: znak, że jest tym pierwszym, że nigdy tak w tym nie uczestniczyła, nikogo nie pragnęła, tylko jego... Przyciągnął ją bliżej siebie, smakował jej usta, sunąc czubkami palców wzdłuż kręgosłupa, który wygiął się w odpowiedzi na te pieszczoty. Z całą pewnością z tyłu również były wzory, choć nie mógł ocenić tego po dotyku... Może później je zobaczy. Bardzo ostrożnie położył ją na łóżku, jedną nogę ułożywszy między jej udami, gdy jego wargi rozpoczęły niespieszną wędrówkę po jej skórze. W pewnym momencie syknął i rozpiął spodnie, które okazały się dla niego zdecydowanie zbyt ciasne. A po chwili całkowicie się ich pozbył. Jednak coś go nagle powstrzymało. Cichutki szept dziewczyny, inny od poprzednich, bo wystraszony.
- Loki... 
Z kącika jej oka zpłynęła łza. Zaczął gorączkowo myśleć, kiedy mógł zrobić coś nie tak... 
- Loki... Będzie bardzo bolało?
Płakała ze strachu. Był w szoku. No tak, przecież ona nigdy nie zaznała w tym przyjemności. Według niej rozkosz była tylko dla niego, a ona spodziewała się, że będzie cierpieć. A mimo wszystko zgodziła się na to, dla niego. Bo go kochała. Odważyła się zadać tylko to jedno pytanie, by móc się przygotować, najpewniej po to tylko, by nie krzyknąć, żeby nie zepsuć mu przyjemności. Jak bardzo musiała go kochać, żeby zgodzić się na coś, co, jak sądziła, będzie bardzo bolesne, po to, by JEMU było dobrze? 
- Och, Ravi... Co ty mówisz... Nie, oczywiście, że nie, nie będzie boleć ani odrobinkę. Sądzisz, że zrobiłbym ci krzywdę? 
- Nie... nie będzie? 
Była tak zaskoczona... To było dla niego niemal bolesne, wiedzieć, jak wiele miłości zostało mu ofiarowane.
- Nie, nie będzie. Wtedy bolało tylko dlatego, że oni chcieli, chcieli zadać ci ból. Ja tego nie chcę, nie zrobię... Ravi, to będzie dla ciebie niepomiernie przyjemne, obiecuję... Obiecuję... 
Jego pocałunek był wręcz zdesperowany, tak gorąco pragnął ukoić jej strach i cierpienie, które w niej zaszczepiono przed laty... 
Całe godziny upłynęły im na delikatnych, pełnych głębokiej potrzeby doznaniach. Był dla niej hojny i delikatny, a ona była wobec niego tak cudownie uległa, taka gibka i taka piękna... Odpowiadała na każdy jego ruch, nawet wtedy, gdy ogarniały ją obce doznania, wstrząsające jej nieznającym ich, nieprzygotowanym ciałem, przerażając ją w pierwszym momencie, ponieważ nie wiedziała, co się z nią dzieje. Loki dawał jej rozkosz, która była jej całkowicie obca, zatracając się w niej, w kobiecie, którą kochał, choć nigdy nie zdołał tego powiedzieć. 
Leżał obok niej, z głową na jej wyciągniętej ręce. Nadal nie przestawał podziwiać pięknej pracy, wykonanej na jej skórze przez artystę. Kwiatów było kilka rodzai, ale... 
- Dlaczego kwiaty? 
Spojrzała na niego i zaczęła przeczesywać palcami jego włosy. 
- To delikatny wzór, ponieważ jestem kobietą. Twórca uznał, że to będzie odpowiednie. Poza tym to nie są przypadkowe roślinki z czyjegoś ogródka. Różne kwiaty mają swoje znaczenie. - Nie znam się niestety na kwiatach. Ale bardzo chętnie wysłucham wszystkiego, co możesz mi o nich powiedzieć. 
Uśmiechnęła się, ukazując białe ząbki, a on w odpowiedzi znów przylgnął do jej ust, lekko je podgryzając. Podniosła się z materaca, chcąc go bliżej. Ona opierała się na łokciu, a on próbował się opanować. Oparł czoło o jej czoło i nos o jej nos, a ich usta dzieliło tak niewiele, że pozostawały w jego zasięgu. 
- Rozpraszasz mnie, lecz nic ci to nie da. Opowiadaj. Już! 
Jego uśmiech i władczy ton stanowiły idealną mieszankę żartu i powagi, poprawiając jej humor. Opadła z powrotem na łóżko, a on przesunął się, by móc uważniej odbierać swoją Lekcję. 
Jej palec dotknął jednego z kwiatów na brzuchu, a cudowny głos oznajmił: 
- To piwonia, zwana również peonią. Symbolizuje spokój, szlachetność i lecznicze działanie. To - Mówiła, pokazując coraz to nowe kwiaty - nasturcja, symbol gracji i intuicji. Mieczyk, czyli siła i waleczność. Maciejka oznacza akceptację: to znak, że jestem jedną z nich, że jestem im równa, oraz że ja akceptuję innych. Lewkonia, symbol sukcesu. Lobelia to wrogość, podejrzliwość, nieufność. Begonia, czyli niezależność. Kwiat wiśni przypomina o ulotności życia, ponieważ Łowca nie może dbać o swoje życie, jako o coś cennego. Musi przestać obawiać się przed jego stratą, aby walczyć tak, jak powinien. Azalia to podziw i wstrzemięźliwość. Każdy z nas musi o niej pamiętać, bo musimy zachowywać umiar. Łowca nigdy nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb, nie popada w przesady, ponieważ tylko umiar pozwala zachować dyscyplinę. Jaśmin z kolei to znak rozkoszy i gościnności. 
- Rozkoszy, powiadasz? Hm... Nie przeczę, dałaś mi tej nocy bardzo wiele rozkoszy. 
Słowa, wymruczane jej do ucha, były dla niej wielkim komplementem. Tego właśnie pragnęła: dawać rozkosz ukochanemu mężczyźnie. Uśmiechnęła się więc i pocałowała go, zaskakując go tym. 
- Tak, jak ty mnie. Nigdy czegoś takiego nie czułam... 
- Oj, bo jeszcze popadnę w samouwielbienie!
- Kiedy to prawa. 
- Jak dalej będziesz tak robić, to będę potrzebował powtórki... 
- Śmiało. 
...........................................................
Loki już bardzo długo stał tak, jak go ustawiła, nie narzekał jednak i nie zmuszał jej do pośpiechu. Z uwagą nakładała kolejne warstwy farb, wyciągniętych z leżącej wcześniej na stole skrzynki, pochodzącymi z tego samego miejsca farbami. Ustawiła go tyłem do siebie, przy stole. Leżało na nim zielone jabłko, które złapał tak, by wyglądało to, jak gdyby, przechodząc, chciał zabrać je ze sobą. Dzięki temu jego palce były idealnie wyeksponowane. Nieco bolał go kark od wykręcania głowy, by móc patrzeć, jak maluje, ale widok był tego warty. Była absolutnie skupiona na swoim zadaniu, dobierając kolory, malując kształty i cienie, linie, i krople wody na powierzchni jadowicie zielonej skórki owocu. Malowała w ciszy, skoncentrowana. To było coś pięknego. Malowała od kilku godzin, ani na chwilę nie odrywając się od pracy, choć zegar wiszący nad drzwiami wskazywał już prawie dwudziestą. Wszystko musiało być perfekcyjne, musiało być tak rzeczywiste, by wydawało się, że można chwycić tę rękę, posmakować słodyczy jabłka i dotknąć szorstkiego drewna stołu. Specjalne, szybkoschnące farby umożliwiały jej nieustanną pracę. Nakładała nową warstwę w jedno miejsce i przynosiła się w inne, by wrócić, gdy będzie mogła malować dalej tam, gdzie zaczęła. Gdy wreszcie zanurzyła cienki pędzel w czarnej farbie i pozostawiła w prawym dolnym rogu obrazu wyćwiczony, maleńki podpis, zegar wskazywał 20:48. 
- Skończyłam. 
Była już zmęczona. 
- Jesteś pewna? Mogę już odejść? 
- Tak. 
Podszedł do niej. Siedziała na krześle, zadowolona. Stojąc za nią, otoczył ją ramionami, pocałował jej skroń i spojrzał na jej dzieło. 
- Jest piękny... Jestem pod wrażeniem. Nigdy nie potrafiłbym stworzyć czegoś takiego. 
Zarumieniła się w odpowiedzi na te komplementy i próbowała odwrócić wzrok od obrazu, jednak Loki złapał jej podbródek i odwrócił czerwoną twarz ku sobie. 
- Dlaczego wstydzisz się talentu? 
- Ja... krępuję się, kiedy ktoś mnie tak chwali. 
- Eh... Jakaś ty urocza... - Pogłaskał jej policzek - Wyglądasz na zmęczoną. 
- Troszeczkę. 
- Zabiorę cię do łóżka. 
Zaczął ją już podnosić, ale dziewczyna zaprotestowała. 
- Loki... 
- Spokojnie, dziś już nie będę cię męczył - zaśmiał się. 
- Mnie nie o to chodzi. Wpadłam na pomysł, jak to zrobić, żeby Thor poznał prawdę, ale żeby żadne z nas nie musiało mu mówić. No i żeby Tony nie przedstawił mu żadnej spaczonej wersji. 
Loki westchnął. 
- Naprawdę musi się dowiedzieć? 
- Tak, Loki. Dopóki nic nie wie, nie możesz mnie nawet pocałować, jeśli nie ma pewności, że nikt nas nie przyłapie. A było tak miło, kiedy nie musieliśmy już się z tym kryć... 
- Eh... Masz rację... To jak chcesz to zrobić? 
- Zajmę się tym. Ty tylko zachowuj się tak, jak zawsze. 
- W takim bądź razie powinienem zostać w sypialni, czyż nie? 
- Hm... Może tak będzie lepiej. Dobrze, w takim bądź razie przyjdę, kiedy skończę swój szatański plan. 
- A potem będzie kolej na mój? Będziesz jeszcze miała tyle sił? Przyznam, że odkąd powiedziałaś to o moich dłoniach, cały czas o tym myślę... 
- Będę na to czekać. 
Pożegnał ją mocnym, niemal brutalnym pocałunkiem, pełnym języków i zębów, po czym zaszył się w sypialni, marząc o jej smukłym ciele, skręcającym się z rozkoszy pod dotykiem jego dłoni i długich palców. 
...........................................................
Weszła do salonu pewnym krokiem, od razu oceniając sytuację. W pokoju byli wszyscy, z wyjątkiem Asgardczyków. 
- Gdzie Barbie? 
Stark wybuchł śmiechem. 
- Poszedł z Jane na randkę. Come on Barbie, let's go party! 
Zaczął się historycznie śmiać.
Jego wyjście jest mi na rękę - pomyślała. 
- No dobra, kto gra w karty? Znam świetną grę na pieniądze.
W tym momencie myślenie się skończyło. Zanim udało jej się dokończyć zdanie, wszyscy siedzieli już przy stoliku do kawy albo pobiegli po portfele. Nawet Rogers, który, zawsze uczciwy, lubił grać w karty. Przypominało mu to wojsko - tak przynajmniej mówił. Do pokoju wszedł nagle nie kto inny, jak... Loki. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco. 
- Dopóki nie ma tu tego idioty, przypatrzę się grze. 
Usiadł obok niej na kanapie. 
- Em... Zagrasz? 
Tony chyba starał się wyciągnąć przyjazną dłoń do zielonookiego, nawet nie nazwał go od żadnych parzystokopytnych. Ten jednak spojrzał na niego jak na wariata. 
- No co się tak patrzysz? Normalnie się zapytałem.
- Em... Nie. 
Widać było, że Asgardczyk jest zmieszany. Wynalazca z kolei był oburzony odrzuceniem jego towarzyskiej propozycji. 
- Czemu niby? 
- To gra hazardowa.
- No nie mów, że boisz się ryzyka. 
- Nie mam jak grać. 
- Aaaaa! - Na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyjął z niej gruby portfel, po czym położył na stole kilka dziesięciodolarowych banknotów. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, przesunął je po blacie w kierunku rozmówcy, który tylko prychnął z irytacją, choć Wird wiedziała, że próbuje w ten sposób ukryć zakłopotanie. 
- No bież, jeleniu! Mam zamiar dobrze się bawić podczas tej gry, a to oznacza, że muszę kogoś oskubać do zera. Odbiorę to sobie z nawiązką. 
Loki nadal jednak nie wydawał się przekonany, odwracając ostentacyjnie wzrok od pieniędzy. Dziewczyna westchnęła, przywracając oczami, wyciągnęła rękę i zgarnęła pieniądze z blatu, po czym wcisnęła je do ręki boga. Gdy próbował oponować, nachyliła się ku niemu i szepnęła mu na ucho: 
- Zrób mi tę przyjemność. Chcę już grać i chcę, żeby on się zamknął. Jeśli cię to krępuje, to obiecuję, że jak nie będziesz marudzić i zagrasz z nami, to potem HOJNIE ci to wynagrodzę...
Odsuwając się, lekko pociągnęła płatek jego ucha wargami, tak, żeby nikt nie zauważył. Podziałało. Z krzywym uśmiechem zamknął pieniądze w dłoni, mrucząc pod nosem "trzymam cię za słowo". 
Gdy wszyscy już usiedli, Rawena zaczęła wyjaśniać zasady gry. 
- No dobra, na początek: gra nazywa się Tonk, została wymyślona przez Glena Cooka, autora sagi o Czarnej Kompanii - fantasy, bardzo fajne, wojskowe. Zasady znalazłam w sieci. Każda karta ma swoją wartość. As to 1, numery są warte tyle, ile wynosi ich numer, czyli dwójka 2, ósemka 8 itd. Król, Królowa i Walet mają po 10. Jocker nie gra. Każdy dostaje po pięć kart. - Mówiąc to, rozdała każdemu odpowiednią ilość potasowanych wcześniej kart. Pozostałe odłożyła na stół, a jedną, z góry, położyła obok, awersem do góry. 
- To jest stosik dobierania - wskazała na większy - A to stosik odrzuconych. - Wskazała na pojedynczą kartę. - Wygrać można na dwa sposoby. Najpierw weźcie karty i policzcie punkty. Pierwszy raz zagramy tak, żebyście załapali... Czy ktoś ma 15 lub mniej? 
Nikt nic nie powiedział. 
- A czy ktoś ma 50 lub 49?
Ponownie cisza. 
- Dobra. Gdyby ktoś miał, to miałby tzw. Tonka. Wtedy wygrywa automatycznie, a każdy z nas płaci mu podwójną stawkę. Teraz trzeba wymieniać i oddawać karty, chodzi o to, żeby mieć jak najmniej punktów. Gramy po kolei, na wskazówki zegara. Najpierw dobierasz kartę z któregoś ze stosików, zależy, czy odrzucona ci pasuje. Jeśli masz trzy albo cztery karty o takim samym numerze, np trzy 4, to możesz je odłożyć na stół i wtedy nie liczą się do twojej sumy punktów. To jest komplet. Uwaga: jeśli dojdzie ci np kolejna czwórka, a masz już wyłożony komplet, to nie możesz jej dołożyć. Można też mieć tzw sekwens: co najmniej trzy karty z tego samego znaku, po kolei, np 4,5,6 pik. Jeśli wykładasz sekwens, możesz w trakcie gry dokładać do niego karty, jeżeli tylko pasują kolorem i kolejnością, mniejsze i większe. Ale inni też mogą dokładać do twojego sekwensu swoje pasujące karty, tak jak ty do cudzych. 
Więc, kiedy dobierasz kartę, wykładasz coś, jeśli masz co, po czym odrzucasz jedną ze swoich kart na stosik odrzuconych, nie ważne którą, nawet tę, którą właśnie dobrałeś. Wygrywa ten, kto ma najmniej punktów. Kiedy chcesz skończyć, czekasz na swoją kolej i nie dobierasz karty, tylko mówisz sumę punktów. To znaczy, że się rozkładasz, tak się na to mówi. Jeśli masz najmniej punktów, to każdy płaci ci stawkę. Ale jeśli ktoś ma mniej od ciebie, to wszyscy płacą temu, kto ma najmniej, a ty płacisz mu podwójną stawkę. Jeżeli ktoś pozbywa się wszystkich kart, ma 0 punktów i automatycznie wygrywa. Jakieś pytania? 
- Biorę kartę, wykładam albo nie wykładam, po czym zawsze jedną odrzucam?- upewnił się Clint. 
- Aha.
- Prosta gra. - Zauważył Stark.
- Owszem. To co, gramy? 
- Czekajcie! 
Tony zerwał się ze swojego miejsca i poszedł szybko do kuchni, by po chwili wrócić z ramionami wypełnionymi butelkami z piwem, ledwo dając radę utrzymać w dłoni butelkę whisky i szklankę. Postawił wszystko na środku stolika. 
- Dobra gra nie może obyć się bez odrobiny procentów! 
Dziewczyna zaczęła się śmiać. 
- Tego się można było spodziewać po tobie, Stark! Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale trzy osoby w tym pomieszczeniu nie dadzą rady się upić. 
- Chwila, trzy? Steve to wiem... Loki, bo na nich taka słabizna nie działa... 
- No i ja.
- Bez jaj, ty też się nie uchlejesz?! 
Wyglądał na załamanego. 
- Niestety, Tony, ale jestem odporna na alkohol i wszelkiego rodzaju trucizny, więc... 
- Dobra, ale pić możecie. Gramy? 
- Jasne. Stawka 10 dolców? 
- Jasne - Powiedziała Romanof. 
- Ej, a może jakiś mały zakładzik? 
Wszyscy patrzyli na dziewczynę z zaskoczeniem. 
- Byłem pewien, że to Tony wyjdzie z taką propozycją - rzucił od niechcenia Kapitan.
I już wiedzieli, że zostali złapani w pułapkę, a jej perfidny uśmiech tylko to potwierdzał. 
- To jak? 
Spuścili głowy jak stado baranów. 
- Daliśmy się złapać, co? - Zapytał Clint, niezbyt przejęty. 
- W rzeczy samej - Powiedział równie zaskoczony Loki. 
- No dobra, to czego chcesz? - Zapytał Stark. 
- Przegrany mówi prawdę Thorowi. Na poważnie, bez żartów, wygłupów czy psikusów. To jak, wchodzicie? 
- To był podstęp - zauważyła Natasha. 
- Bez wątpienia. To jak? 
- Wchodzę - Powiedział Clint. 
- Ja też - dodał Steve. 
- I tak nie przegram, wchodzę- Mruknął Stark, bardziej do siebie niż do innych. 
- No dobra, niech stracę - dodał Banner. 
(nadal nie mogli uwierzyć, że tak chętnie zgodził się z nimi zagrać, ale może po prostu czuł się trochę wyobcowany, samotnie w laboratorium) 
- No to ja też zagram - zgodziła się Natasha. 
- I ja.- burknął Loki. 
- Świetnie! Przegrywa ten, kto przegra największą sumę przed północą. 
W tym momencie zaczęła się rzeźnia. 
..........................................................
W rozgrywce pozostali już tylko Rav, Stark i Clint. Pozostali albo przegrali już wszystko, co mieli, albo wycofali się z gry, dopóki mieli jeszcze szansę nie przegrać. Było to dosyć ciekawe, ponieważ większość była już lekko pijana albo, jak w przypadku łucznika, kompletnie zalana. Clint zaczął się śmiać i zrymował: 
- Żebym przegrał nie ma mowy, 
Na pieniążki - już gotowy! 
Natasha zaśmiała się i klasnęła kilka razy w dłonie. 
- To ma być poezja? Ja ci zaraz dam wierszyk! - Wykrzyknął Stark po czym, ku uciesze pijanego kolegi, zaczął recytować sprośny wierszyk: 
" Gdzieś w Wenecji na gondoli 
Pewna para się... kołysze 
I zakłóca nocną ciszę. 
Na kamieniu leży gwiazda, 
Mówi że ją boli... głowa 
Bo to strefa atomowa. 
Idą sobie przez las zbóje 
Wiszą im do kolan... miecze 
Bo to było średniowiecze. 
Przed bocianem leci mucha 
Bocian zaraz ją wy... przedzi 
Bo ją trzy godziny śledzi. 
Leci bocian ponad lasem 
Wymachuje swym... Ogonem 
Przywołując swoją żonę. "
W nagrodę za swój popis dostał oklaski, ukłonił się i wrócił do gry. 
- Masz mocną głowę, Stark, ale przez swoje popisy nie zauważyłeś, że do północy tylko pół minuty. - Powiedziała z radością Wird. 
Miliarder wyglądał, jakby miał dostać zawału. Z prędkością błyskawicy złapał ze stosika dobierania kartę, włączył ją do talii, którą miał w ręku i zaklął soczyście, po czym od razu ją wyrzucił. Dziewczyna momentalnie chwyciła wyrzuconą przez niego ósemkę pik i, z okrutnym uśmiechem, położyła na stole cztery ósemki. Swoje ostatnie cztery karty. Mężczyźni zaczęli przeklinać, ale "oddali cesarzowi, co cesarskie".  
Dziewczyna z uśmiechem seryjnego mordercy zgarnęła pieniądze: wygrała prawie każdą rozgrywkę, dzięki czemu była kilka TYSIĘCY do przodu. 
- Kto ile przegrał? 
- Osiemset - wymamrotała Natasha. 
- Pięćset - jęknął Bruce. 
- Tysiąc trzysta osiemdziesiąt - Steve wyglądał, jakby zaraz miał się załamać. 
- Pięćset - Powiedział niewzruszony Loki. No tak, to nie były jego pieniądze. 
- Równe tysiąc dolców - wymamrotał Clint. 
- Tysiąc dwieście! - Wykrzyknął Stark, jak gdyby było to wielkie zwycięstwo - Steve, przegrałeś najwięcej! 
- Nie tak szybko, Stark. 
Spojrzał na brunetkę, zaskoczony. 
- Zapomniałeś? W czasie ósmego rozdania byłeś tak pewny siebie, że stwierdziłeś, że skoro to ty pożyczyłeś Lokiemu kasę, to, skoro tak dobrze Ci idzie, przyjmujesz jego przegraną kwotę. Co oznacza, że przegrałeś tysiąc siedemset, czyli najwięcej. Co z kolei oznacza, że to ty musisz powiedzieć Thorowi, bez żadnych żartów, kawałów, przeinaczeń, bzdur i nie wiadomo czego jeszcze. 
- Nie!!! 
- Tak. 
- Nie, to jakaś bzdura! Nie przypominam sobie, żebym... 
- Ja pamiętam! - Wtrąciła się rudowłosa. 
- Ja także - dodał Loki, szczerząc zęby. 
- No ja też - wymamrotał Clint, który wyglądał, jakby zaraz miał zarzygać dywan. 
- Ale to... 
- Stark, nie kłuć się, tylko naucz się trzymać gębę na kłódkę, albo nie pić aż tyle. 
- Ja wcale nie... 
W tym momencie drzwi salonu otworzyły się i wszedł przez nie roześmiany bóg piorunów, ubrany w czarne spodnie i niebieską koszulę. Zatrzymał się na moment, dostrzegając wszystkich w takim stanie, przy stoliku zawalonym pustymi butelkami, kapslami od piwa, kartami i kilkoma banknotami, które należały do Clinta, ale nie był już w stanie ich pozbierać, po czym zaśmiał się potężnie. 
- Przyjaciele, cieszę się, że znaleźliście przyjemne zajęcie podczas mojej nieobecności. Zabawa musiała być doprawdy przednia, czyż nie? 
Odpowiedziało mu pijackie czknięcie, co sprawiło, że roześmiał się ponownie i, nadal wesoły, poszedł do kuchni, by wziąć i sobie zimne piwo. 
Dziewczyna pokazała zęby miliarderowi. 
- Odwagi, Stark. 
Podniosła się z kanapy. 
- Steve, weź mi donieś, jeśli nie dotrzyma warunków, zgoda? - Rzuciła na odchodnym. 
- Jasne. 
Złapała więc Lokiego za rękę, puki mogła, po czym nastąpił klasyczny przypadek odwrotu taktycznego, czyli szybka ucieczka z miejsca zdarzenia. 
...................................................
Loki siedział pod prysznicem, a Wird, z braku innego zajęcia, czytała książkę, leżąc na łóżku w ubraniu. Loki stwierdził, że, gdy ona wyjdzie z łazienki, będzie miał dla niej małą niespodziankę, dlatego poszedł tam pierwszy. Rozległo się pukanie do drzwi. 
Tego się obawiałam. 
Podeszła do drzwi i położyła dłoń na klamce. Wzięła głęboki oddech i otworzyła je.
Na progu stał gromowładny, widocznie zakłopotany. 
- Oh... Em... Dobry wieczór, Wird. Czy... jest tam Loki?
- W swojej sypialni? Skąd taki pomysł? - Zażartowała. - Jest pod prysznicem. 
- Oh. A czy... yhm... mógłbym wejść? 
- Oczywiście. 
Wypuściła go do środka. Był spięty. Usiadła na łóżku, ale on nadal stał, jak gdyby krępowało go przebywanie w tym pomieszczeniu, zwłaszcza, że wiedział, czego te ściany i TO ŁÓŻKO były świadkami. 
Westchnęła, zrezygnowana. 
- Thorze, nie musisz trzymać się ode mnie na odległość wyciągniętego ramienia i omijać mnie wzrokiem, jakbym była trędowata. Po pierwsze, wciąż jestem tą samą osobą, a po drugie to jest przykre. Robisz to tylko dlatego, że jestem z twoim bratem, ale to trwa od trzech lat. Nie rozumiem zatem, dlaczego twoje podejście do mnie miałoby ulec jakiejkolwiek zmianie. 
Blondyn nieco się zasępił. 
- Wybacz, jeśli mój dystans sprawia ci przykrość, nie jest to moją intencją. Muszę jednakowoż przyznać, że cała ta sytuacja jest dla mnie... 
- Trudna? - Zasugerowała.
- Owszem. Chciałem powiedzieć że... Nie mam nic przeciwko, cieszę się, że mój brat znalazł kobietę, na której mu zależy, i cieszę się, że ty jesteś szczęśliwa, gdyż z całą pewnością na owo szczęście zasługujesz. Martwię się jedynie faktem, że on... Jakby to powiedzieć... 
- Martwisz się, że jestem elementem jakiegoś planu? 
- Otóż to. Nie zrozum mnie źle, wierzę w twoją prawidłową ocenę sytuacji i pragnę wierzyć Lokiemu, jednak nie jeden raz dowiódł on już swej przebiegłości. Potrafi manipulować ludźmi i wykorzystać ich do swych własnych celów, nie chcę, by spotkało to ciebie. Uważam cię za przyjaciółkę i nie chcę, by cię skrzywdził. 
Uśmiechnęła się dobrodusznie i podeszła do niego, kładąc mu rękę na ramieniu. 
- Thorze, nie musisz się tak martwić. Naprawdę. Wszystko jest w porządku. 
- Loki jest zdolnym kłamcą. 
- Mnie nie da się okłamać, przyjacielu. Zawsze wiem, o czym Loki myśli, kiedy mija się z prawdą. I z czystym sumieniem mówię ci, że Loki nigdy mnie jeszcze nie oszukał. Przestań się o to troskać. 
Blondyn rozchmurzył się i rozluźnił nieco. Widać szczera rozmowa była mu potrzebna. 
- Cieszy mnie to... Gdyby jednak kiedyś coś się działo złego, pragnę, byś wiedziała, że zawsze mogę ci pomóc. Nie tylko ja: w razie kłopotów możesz liczyć na nas wszystkich. 
- Doceniam to, choć to niepotrzebne. 
W tym momencie drzwi łazienki otworzyły się i wszedł przez nie nie kto inny, jak własne Loki, ubrany w luźne spodnie od piżamy, wycierający mokre włosy niewielkim, białym ręcznikiem. Na widok blondyna zatrzymał się na moment, zaskoczony. 
- Co ty tu robisz? - Warknął. 
- Przyszedłem z tobą porozmawiać. 
Jego głos był równie twardy, co pozytywnie ją zaskoczyło. Może wreszcie zaczną rozmawiać ze sobą, jak normalni ludzie... 
- Zostawię was samych - Powiedziała, idąc pod prysznic. 
..........................................
~~*~~
Na dzisiaj to już koniec. jestem padnięta, ale muszę wam powiedzieć, że nareszcie mogę powiedzieć to, na co od dawna miałam ochotę: TEN ROZDZIAŁ POBIŁ REKORD! Jego łączna długość to 10919 słów. Poza tym, wydaje mi się, że udało mi się dotrzymać obietnicy: pojawiła się rozmowa z Thorem, coś zaskakującego i coś romantycznego. 
Zachęcam gorąco do uczestniczenia w koncercie życzeń, jeśli tylko będzie się to zgadzało z moją planowaną fabułą, to bardzo chętnie dodam do kolejnego rozdziału to, na co macie ochotę. Nie wiem niestety, kiedy on się pojawi, ponieważ jestem tak zmęczona pisaniem tego, że mogę potrzebować małego odpoczynku. Poza tym w mojej szkole zbliża się czas egzaminu ustnego z języka obcego, więc... Nie wiem, kiedy dokładnie, ale wkrótce dodam ten nowy post, możecie być pewni. Ciau!

niedziela, 8 maja 2016

Łowcy V

Leżała jeszcze chwilę na łóżku, starając się zebrać myśli. Musiała dzisiaj wyjaśnić im tak wiele rzeczy... Nigdy nie przypuszczała, że do tego dojdzie. Zawsze trzymała swoje sekrety dla siebie, nawet Loki nie wiedział wszystkiego. Ale nie czuła się z tym źle. Miała przed sobą długą opowieść o Łowcach, ale w niezbyt prywatnym wymiarze. Bała się jedynie dalszych części historii, ale zdławiła w sobie to uczucie, puki mogła. Nigdy nie była tchórzem i nigdy nie była zbyt emocjonalna. To, co wydarzyło się dotychczas, potraktowała jako wypadek przy pracy. Trafili w jej czuły punkt, dlatego tak źle to zniosła, ale to było konieczne. Musiała teraz być znów sobą, musiała być znów silna. Wstała, włożyła swoją koszulkę i poszła do swojego pokoju, by się ubrać - wszystkie jej rzeczy wciąż tam były. Stojąc przed szafą, zastanawiała się przez moment, czy nie założyć pierwszy raz czegoś, co odkrywałoby więcej ciała niż tylko dłonie, ale odrzuciła ten pomysł. Nie była gotowa, by zobaczyli jej blizny: efekty skaryfikacji. Mimo że z pewnością im o nich opowie, to wolała, by narazie pozostały w sferze abstrakcji. Pokazała je jedynie Lokiemu, i tyle wystarczy. Nadal uczyła się je kochać. Loki wymagał od niej, żeby przestała je nienawidzić, bardzo często o nich mówiąc, przypominając jej ich znaczenie aż do znudzenia, podkreślając ich piękno, całując je... Od prawie dwóch lat, odkąd ze sobą sypiali, znacznie zmienił jej podejście do nich, ale mimo to nadal kryło się w niej przekonanie, że w jakiś sposób przykuwają ją do mrocznej przeszłości. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, jak bardzo są piękne. Jej blizny były wycinane przez artystę, dlatego nie ma w nich żadnych błędów. Tworzą przepiękne wzory na ciele. Był to kolejny powód, dla którego nie chciała im ich pokazywać- nie miała ochoty na konfrontację z Kapitanem "uwielbiam-sztukę" Rogersem. Rozumiała, że ma hobby, które go pasjonuje, często o tym rozmawiali, ponieważ malowała, nawet cieszyła się, że ma z kim pogadać o pięknie tego świata, ale nie chciała, żeby jego pasja miała z nią coś wspólnego. Rogers uwielbiał rysować i szkicować, miał prawdziwy talent. W czasie wolnym siedział sobie gdzieś ze swoim małym szkicownikiem i kompletem ołówków, tworząc bardzo ładne prace. To pewnie z nudów - cierpiał na bezsenność, więc często miał do nudy okazje. Jego oczy potrafiły wypatrzyć sobie cel, który następnie atakował niczym myszołów, zapamiętale skrobiąc ołówkiem po papierze, dopóki nie uwiecznił tego, w czym zobaczył sztukę. Ravi bardzo go lubiła, ale nie chciała stać się przedmiotem jego prac. Miała szczęście, że, gdy spotkała Natashę, było zbyt ciemno, by mogła zobaczyć wzory na jej nogach.
Założyła jeansy i zwykłą białą bluzkę z długim rękawem. Spojrzała w lustro. Opalenizna zaczęła już znikać z jej skóry, ale nadal wyglądała dobrze. Włosy natomiast, niestety, zdążyły już pociemnieć. Całe lato w pracy, w zamkniętych pomieszczeniach... Nie mogła się doczekać, aż znów pokaże się słońce, by rozjaśnić je do złocistego brązu, przechodzącego w ciemny blond. Łudziła się, że tak się stanie, ale od dłuższego czasu ten proces nie zachodził. Nie była zdrowa, dlatego ciemniały jej włosy. Loki też to zauważył, pomimo że, gdy się poznali, były już dość mocno ciemne. Westchnęła z rezygnacją, opuszczając pokój. Weszła do salonu, gdzie byli już wszyscy. Banner obserwował Steve'a który, oczywiście, usiadł w rogu kanapy i rysował. Natasha i Clint rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami, pewnie o jakiejś misji, z kolei Stark majstrował coś na tablecie. W tym wszystkim Loki prezentował się naprawdę dziwnie, oparty o ścianę i milczący. Podeszła do niego i szepnęła mu na ucho:
- Chowasz się?
Wyglądał, jak gdyby wyrwała go z zadumy. Spojrzał na nią, jak gdyby dopiero teraz zrozumiał, co się dzieje wkoło niego.
- Nie, nie chowam się. Rozmyślałem tylko.
- O czym?
- Ej, gołąbeczki, znajdźcie sobie lepszą porę i lepsze miejsce, jak chcecie sobie pogruchać.- krzyknął w ich stronę Stark, w dziwny i więcej niż wymowny sposób akcentując ostatnie słowo.
Loki westchnął, sfrustrowany, patrząc na niego morderczym spojrzeniem. Dziewczyna tylko wywróciła oczami, idąc w kierunku kuchni, by zrobić sobie herbatę. Wiedziała, że Loki dał się sprowokować, i wolała zachować pewien dystans między rodzącą się kłótnią a sobą, nawet, jeśli słyszała każde słowo.
- Stark, czy możesz znaleźć sobie jakiś inny temat?
- Mogę, ale nie zamierzam. Ten mi się jeszcze nie znudził.
- Jesteś jak dziecko.
- Nie sposób się nie zgodzić - dodał Steve. Ravi znała ich na tyle dobrze, by wiedzieć, jak się zachowywali. Loki stał, patrząc morderczo na swojego rozmówcę, Tony się do niego szczerzył, zaś Steve był na tyle dojrzały, by nie zwracać na to zbytniej uwagi, więc nawet nie oderwał wzroku pd swojego zajęcia.
- Dzięki, uznam to za komplement, skoro mówią tak dwa największe staruchy w promieniu kilkunastu kilosów.
- Twoja impertynencja jest doprawdy zaskakująca. Za każdym razem gdy myślę, że gorszy już być nie możesz, ty łaskawie wyprowadzasz mnie z błędu.
- Drobiazg, Koziołku Matołku.
- Nie nazywaj mnie tak!
- Oj już się tak nie denerwuj. Jak jesteś taki nabuzowany, to twoja dziewczyna jest w kuchni, wiesz?
W tym ułamku sekundy Ravi westchnęła zrezygnowana. Woda już prawie wrzała, jednak mogła się założyć, że wojna w salonie wybuchnie na dobre, zanim nad dziubkiem czajnika wyniosą się obłoczki pary świadczące o tym, że może już zalać nią herbatę. I, jak zwykle, miała rację.
- Mam tego dość. Oczekuję, że natychmiast zaprzestaniesz tych idiotycznych wygłupów. Minęły dwa dni, a ty nadal nie możesz się pogodzić z tym, że nikogo to nie śmieszy?
- Daj spokój, gościu! Dowiedziałem się dwa dni temu, więc ominęły mnie... Ile wy już jesteście razem?
Ostatnie zdanie było skierowane do niej, wykrzyczane na tyle głośno, by zrozumiała każde słowo. Jakby to było potrzebne jej wyostrzonym zmysłom...
- Trzy lata! - Odkrzyknęła.
- Ou, kawał czasu... No więc, jak mówiłem, dowiedziałem się dwa dni temu, więc ominęły mnie trzy lata dokuczania wam, które muszę jakoś nadrobić.
- Jesteś niemożliwy...
- Loki, przecież to jest jego sposób na życie, czemu się tu dziwić? - Napomknął Steve.
Otóż to- pomyślała. Stark taki już jest i próba zmieniania tego nikomu nie wyjdzie na dobre. 
- A w ogóle, to jak się dowiedziałeś?
Oto jest pytanie za milion dolarów. Wzięła w rękę czajnik, by zalać herbatę wrzątkiem, gdy nadeszła odpowiedź, wypowiedziana tonem osoby szczerzącej zęby w uśmiechu samozadowolenia.
- Jarvis ma was na monitoringu.
Od ścian pomieszczenia boleśnie głośno odbił się najpierw dźwięk upadającego czajnika, a zaraz po nim bolesny krzyk i seria wyjątkowo siarczystych przekleństw. W ułamku sekundy w salonie znalazła się burza, czyli Rawena, trzymająca się za poparzoną dłoń; w jej oczach były łzy bólu, ale mimo to płonęły one gniewem, tak jak jej policzki - wstydem. Wyglądała, jak gdyby chciała kogoś zamordować, i ten ktoś doskonale wiedział, że chodzi właśnie o niego.
- Coś powiedział?!
Jej głos był ochrypły od bólu.
Gdy znalazła się obok kanapy, Loki powstrzymał ją, zagradzając jej drogę do autentycznie przestraszonego miliardera, który z kolei stanął za fotelem, jak gdyby miał on go ochronić.
- Ravi, uspokój się, proszę.
- Nie mam zamiaru się uspokoić! Nie będę tego tolerować, on na zbyt wiele sobie pozwala!
- Oczywiście, masz rację, ale pozwoliłaś mu się wyprowadzić z równowagi. Pomyśl. Raw, nie pozwól mu się zdenerwować. Co się z tobą dzieje?
- Jarvis ma obraz tylko i wyłącznie z części wspólnej, nie ma ani jednej kamery w prywatnej! Gdyby była, to już dawno bym o was wiedział, co nie?
Stark był wyraźne zdenerwowany. Nikt nie chciał jej denerwować. Ta drobna, śliczna istotka miała zabójcze zdolności i wszyscy doskonale zdawali sobie z tego sprawę.
- Słyszysz, Ravi? Uspokój się, nic wielkiego się nie stało.
Kobieta wzięła kilka głębokich wdechów. Teraz, gdy adrenalina przestawała na nią działać, coraz mocniej czuła ból. Spuściła z tonu, wszyscy widocznie się uspokoili, Tony usiadł, nadal ją jednak obserwując, a Loki chwycił jej rękę.
- Popatrzyłaś się...
- To nic wielkiego.
- Boli?
- Boli. Ciepło zawsze boli.
Więc Loki machnął ręką nad jej poparzoną skórą, a czerwone pręgi zniknęły w odrobinie zielonkawej mgły, która po chwili opadła ku ziemi i rozpłynęła się w powietrzu.
- Dziękuję. - Powiedziała, wyciągając się, żeby pocałować go w policzek.
- A drugi? - Zamarudził jak małe dziecko. Zaśmiała się pod nosem, ale wyciągnęła się, by dosięgnąć ustami nadstawionego policzka. W ostatniej chwili jednak Loki obrócił głowę, łącząc ich usta na krótką chwilę. Nie był to namiętny pocałunek, ale było w nim coś bardzo przyjemnego, jakaś bliskość. Loki uwielbiał pokazywać wszystkim, że Ravi należy do niego, teraz, kiedy mógł to robić tak otwarcie. Zniknął w kuchni, by po chwili wrócić z jej miętową herbatą. Siedzieli przez chwilę, nikt nie poganiał jej z wyjaśnieniami, ale oczywistym było że na nie czekają, więc zebrała myśli, by zdołać im wszystko wyjaśnić.
- To wszystko jest strasznie skomplikowane, wiecie? Nawet nie wiem, od czego zacząć...
- Od podstaw. My jesteśmy w tym zieloni. - Powiedział Steve.
Stark tylko spojrzał na Bruce'a, ale nic nie powiedział. Limit cierpliwości na jego komentarze został wykorzystany, więc wolał się chwilowo nie wychylać.
- No dobrze... Mam nadzieję, że dacie radę się w tym połapać. Więc tak... Łowcy mają zmiany w genach, ale nie zawsze ujawniają się one w takim samym stopniu. Tylko niektórzy są naprawdę silni. Rodzina dzieli się na dwie główne gałęzi: gałąź główną i boczną. Ja jestem z gałęzi głównej. Jest nas najmniej, ale jesteśmy najsilniejsi. Łowcy z gałęzi bocznych są słabsi, częściej rodzą się tam dziewczynki a ich geny nie są w pełni aktywne. Jednak mimo to chyba lepiej jest być jednym z nich, niż jednym z nas. Łowcy z gałęzi głównej, tacy jak ja, żyją jak w wyścigu szczurów. Od dziecka trenujemy, żeby mieć odpowiednią pozycję w społeczeństwie. Im niższa pozycja, tym gorzej. Na samej górze jest rada starszych, której przewodzi głowa rodziny. Aktualnie głową rodziny jest mój ojciec gałęzi głównej. Po jego śmierci jedno z nas zajmie jego miejsce - ten, kto będzie najsilniejszy. Dlatego tak trenujemy. Pod radą starszych są Uznani Łowcy. Ja jestem jednym z nich, aktualnie jest nas czworo.
- Dlaczego tylko czworo? - Zapytał Banner.
- Ponieważ żeby zostać Uznanym , należy wygrać w turnieju rankingowym, mając pozycję obrońcy. Zaraz wyjaśnię. Każdy z nas, bez  względu na to, z której części rodziny pochodzi, może wziąć udział w swego rodzaju zawodach. Są organizowane raz do roku przez radę starszych. Głowa rodziny wyznacza jednego niewolnika, który jest zwierzyną, a uczestnicy starają się go zabić. Ten, kto ma najlepsze wyniki, wygrywa, ale na pozycji łowcy. Skutkuje to zdobyciem wyższej pozycji społecznej. Ale to tylko wydaje się takie proste. Na początku trzeba się dostać do zawodów. Miejsc jest czternaście. Żeby wogle móc się zapisać, należy znaleźć patrona wśród starszych, jeśli nie jest się z gałęzi głównej. Patron daje pieniądze na udział oraz jest opiekunem uczestnika. Jeśli jego podopieczny przegra, ma prawo zrobić z nim, co zechce. Poza tym musi znaleźć się miejsce. Pierwsi w kolejności jesteśmy my, z głównej, dopiero na pozostałe miejsca mogą zapisywać się inni. To raczej nie problem, rzadko się zapisujemy, bo turniej jest niebezpieczny; zabijamy się nawzajem. My możemy wystartować sami, ale inni muszą mieć patrona, a żeby go zdobyć, należy przekonać go, że warto zainwestować pieniądze, bo ma się realną szansę na wysoki wynik. Ustala się wynik graniczny, czyli minimalne miejsce, które trzeba zająć, żeby patron nie uznał tego za przegraną. Patronem nie może być każdy, jedynie ktoś ze starszyzny, Uznany, jedno z nas, z gałęzi głównej, albo jeden z dwunastu najważniejszych reprezentantów gałęzi bocznej, poza tym sponsor nie może brać udziału w turnieju. Wygrywa ten, kto zabije zwierzynę, jednak turniej trwa dość długo, bo wszyscy najpierw się wzajemnie wyżynają.
- Boże, to obrzydliwe...
- Dzięki, Steve, ta zdegustowana mina z pewnością sprawia, że jest mi łatwiej.
- Nie chodziło mi o to, że...
- Chodziło Ci właśnie o to. I nie przerywaj. No więc... Tak najczęściej wyglądają zawody, ale jest też inna alternatywa. Może zgłosić się piętnasty gracz, jako obrońca.  Obrońca może być tylko jeden. Ma on za zadanie utrzymać przy życiu przez dwadzieścia cztery godziny tego, na kogo inni polują. Ciężko jest wygrać, bardzo rzadko się to zdarza. Obrońca musi przyjmować na siebie wszystko, każdy atak, musi wytrzymać dobę ciągłej walki o życie swoje i ofiary, i sam musi przeżyć. Bardzo rzadko ktoś podejmuje się tego zadania, bo bilans korzyści i ryzyka nie zachęca. Jeśli ktoś zabije zwierzynę, obrońca staje się Zdegradowanym. To znaczy, że jest czymś gorszym niż niewolnik. Należy do tego, kto wystawił zwierzynę, zostaje upodlony i zmieniony w coś... obrzydliwego, w prawdziwego potwora. Jednak jeśli już wygra, to staje się Uznanym i ma prawo zażądać tego, co w naszym świecie praktycznie nie występuje. Jest to prawo do wolności. Może jej zażądać dla dowolnej osoby. Taka osoba ma całkowitą wolność, nie można na nią polować, może nawet opuścić nasze szeregi.
- Zaczekaj. Przed chwilą mówiłaś, że jesteś jedną z tych Uznanych. - Powiedział skonfundowany Banner. Przysiadł na oparciu kanapy, patrząc na nią uważnie zza okularów, marszcząc brwi w ten charakterystyczny sposób oznaczający, że myśli.
- Tak.
- To znaczy, że wygrałaś turniej rankingowy?
- Dokładnie.
- Jako obrońca.
- Aha.
- I zażądałaś dla siebie wolności?
- Nie. Nie słuchałeś. Można zażądać jej dla jednej osoby, dla KOGOKOLWIEK.
- Ale ty jesteś tutaj...
- Ponieważ uciekłam. A raczej odeszłam. Ja, jako Uznana, nie musiałam uciekać, bo nie byłam już własnością ojca, ale swoją. Po wygranej długo mieszkałam poza domem, potem wróciłam, a potem razem z bratem uciekaliśmy. Ale ja zażądałam wolności dla kogoś innego, przez co brat na długo mnie znienawidził.
- Dla kogo niby?
- Teraz to nie istotne. Nie mówię o sobie, ale o ogóle.
- No dobra. To co z tymi Uznanymi?
- Najpierw rada starszych musi uznać jego zwycięstwo, z tąd bierze się ta nazwa. Potem wyznacza osobę, dla której żąda prawa do wolności, a rada spełnia jego żądanie. Potem trzeba wyleczyć jego obrażenia. W czasie kiedy się leczy, zostają załatwione inne związane z tym sprawy. Pracę zaczynają kowal i złotnik: trzeba zrobić dla niego spersonalizowaną broń, pieczęć, pieczęć do listów i to, co ważniejsze, czyli pierścienie. Każdy Uznany ma kilka pierścieni, które coś oznaczają. Potem, kiedy już jest zdrowy, przechodzi skaryfikację, a po...
- Co przechodzi?! - Steve widocznie się ożywił, przestał tak spokojnie siedzieć i nawet zdjął nogi z kanapy, co w jego przypadku oznaczało wielkie zainteresowanie. Najwidoczniej stało się właśnie to, czego chciała uniknąć: termin ten był mu znany i obudził w nim zmysł Sztuki przez duże "S".
- Skaryfikację.- Powtórzyła, widząc zaś zdezorientowane miny niektórych uczestników rozmowy, postanowiła wyjaśnić - Skaryfikacja to proces wywodzący się z kultury ludów pierwotnych, polegający na rozcinaniu, zrywaniu lub przypalaniu skóry w taki sposób, żeby powstały na niej konkretne wzory. Są one niepowtarzalne, wykonywane oddzielnie dla każdego, mają pokazywać, kim ta osoba jest.
- Rav, czy ty masz coś takiego?
- Oczywiście. Jak każdy Uznany.
Oczy wszystkich (poza Lokim, oczywiście), były wielkie jak spodki.
- Chryste, ile ty miałaś lat, kiedy Ci to zrobili?
- Dwanaście. W tym samym roku uciekłam.
- Chcesz powiedzieć, że metodycznie rozcinali skórę DZIECKU?!
- Nie. Wtedy już byłam dorosła, jak na nasze realia. Twoje oburzenie wynika z tego, że dla was dwanaście lat to dziecko. Ale dla nas jest inaczej, my nie mierzymy wieku ilością przeżytego czasu, ale siłą i dojrzałością.
- Jak to się robi? - Tony jednak odważył się odezwać, widząc, że jest spokojna.
- Moje znaki są akurat stworzone z bardzo cienkich linii, grubości mniej więcej kilku włosów. Skóra na całym ciele jest nacinana, a tak cienkie blizny są białe, więc nie trzeba, jak w przypadku większych elementów, dodawać do nich białego barwnika. Jednak większe elementy wykonuje się przez wycięcie ich i zerwanie skóry.
- Ale chyba coś się robi, żeby nie bolało, co?
Clint jak zwykle siedział, opierając łokcie na kolanach i patrząc na nią z kąta.
Ona z kolei spojrzała na niego jak na wariata.
- Jak to "żeby nie bolało"? To są znaki siły, oznaczają, że jest się dość mocnym, by wygrać, więc trzeba znieść ból z godnością, nie wolno nawet pisnąć!
Była autentycznie oburzona. Poczuła się w jakiś sposób dotknięta jego uwagą, jak gdyby nieświadomie sugerował, że jest słaba.
- No dobra, dobra, nie denerwuj się tak. Ale, Jezu... Jak dużą powierzchnię zajmują te znaki?
- Są praktycznie na całym ciele.
- Chryste... Jakim cudem nigdy ich nie zauważyliśmy?!
- Nie obnoszę się z nimi, to moja prywatna sprawa i nie chcę nikogo zmuszać, żeby na nie patrzył. Wczoraj było blisko. Nie zwróciliście uwagi na to, że się przebrałam, a kiedy przyszliście, w pokoju było ciemnawo. Poza tym dopiero co się o tym dowiedzieliście, a już chcielibyście wiedzieć wszystko?
- No właśnie, to by było niesprawiedliwe. Ja musiałem czekać, musiałem się starać, więc wy też się musicie trochę pomęczyć, tak dla zasady. - Mruknął półżartem Loki.
Dziewczyna zaśmiała się pod nosem. Ni z tego, ni z owego przypomniała jej się kwestia z filmu Shrek. "Pomagałem ratować królewnę, narażałem się, więc mi się należy.". Wstała, mruknęła pod nosem "idę po herbatę" i poszła do kuchni, by znów wstawić wodę. Jak to możliwe, że zawsze tak szybko widać dno kubka? Jej odejście miało ukryty motyw: musieli przetrawić te informacje, a nie chciała być przy nich wtedy. Teraz mogli rozmawiać, jakby jej tam nie było, mimo że wszystko słyszała.
- Cóż, to przynajmniej wyjaśnia jak może nosić długi rękaw w środku lata.
Oczywiście. Kolejny błyskotliwy komentarz Starka.
- A ty z kąd o tym wiedziałeś, Steve? - Zapytał Clint.
- Cóż, to bardzo stara forma sztu...
- Nie, stop! Mam już serdecznie dość tej całej sztuki, więc może się nie rozkręcaj, co?
- Stark, nie drzyj się.
- Ona tak czy inaczej was słyszy, wiecie?
To był oczywiście Loki. Była pewna, jaką miał teraz minę, jak się uśmiechał półgębkiem.
- Um... Loki? Nie żebym był wścibski czy coś, ale ty jako jedyny możesz potwierdzić...
- Zciszanie głosu nic ci nie da, Burton. Ale chyba wiem, o co chcesz zapytać, i odpowiedź brzmi "tak". Naprawdę są WSZĘDZIE.
Sposób w jaki zaakcentował ostatnie słowo był bardzo wymowny i jasno sugerował, że ma na myśli bardziej intymne części jej ciała.
- W niektórych miejscach są gęste, w innych bardzo rzadkie, a w innych nie ma ich wcale, ale, generalizując, pokrywają całe ciało.
- To jest coś konkretnego, czy...?
- To takie różne zawijasy i kwiaty. Mają konkretne znaczenie, są charakterystyką. Muszę przyznać, że są wykonane bardzo misternie, widać w tym rękę artysty.
- Gratuluję Loki, właśnie załatwiłeś swojej dziewczynie męczenie się ze Stevem i jego artystyczną duszą. Oj, coś mi się wydaje, że dzisiaj będziesz spać na kanapie...
Rawena weszła do salonu w odpowiedniej chwili, żeby zobaczyć, jak Stark szczerzy zęby, zadowolony ze świetnego dowcipu, a Loki i Rogers piorunują go wzrokiem, przy czym ten drugi już otwierał usta, żeby coś powiedzieć. Nie pozwoliła na to jednak, stawiając kubek dość głośno na stoliku, siadając i mówiąc spokojnym głosem:
- Nie obawiaj się Tony, "artystyczna dusza" nie ma po co mnie męczyć, bo nie zamierzam ich pokazywać.
- Co?!
Wszyscy krzyknęli chórkiem, jak gdyby umówili się wcześniej, że zareagują pełnym niedowierzania oburzeniem.
- Jak to? Chcesz powiedzieć, że nam to opisałaś, ale nie masz zamiaru uchylić rąbka tajemnicy?!
Hawkeye patrzył na nią, jakby chodziło o największą tajemnicę Wszechświata.
- Nie rozumiem waszej bulwersacji. To moje ciało i moja prywatna sprawa, jeśli chcę, to mogę zachować to dla siebie.
- A on widział! - Wykrzyknął, wskazując palcem na zielonookiego boga. Było to tak skrajnie dziecinne, że nie mogła się nie roześmiać.
- Clint, nie jesteś już dzieckiem, żeby używać tego rodzaju argumentów. Poza tym, chyba jesteś w stanie dostrzec różnicę między wami, nie sądzisz? A ja nie jestem cyrkówką, żeby robić pokazy, jak egzotyczne zwierzę w klatce.
- Nikt cię tu tak nie traktuje. - Próbował protestować Kapitan.
- Temat uznaję za zamknięty. To moja prywatna sprawa, komu i co pokazuję.
- Czy to jakaś aluzja?
- Zamknij się, Stark. Nie przemęczaj swojego zakutego łba. Przyszłam tu, żeby wam opowiedzieć, żebyście zrozumieli, o co cała ta afera z moim bratem, a nie by pokazywać komukolwiek moje znaki.
- Dobra, dobra! My byliśmy tylko ciekawi...
- Ciekawi, tak...? Hm... Mogę pokazać wam coś innego. Zaraz wracam.
Po tych słowach zwyczajnie opuściła pokój, zostawiając ich na łaskę ich własnej wyobraźni. Czekali dość długo: Clint zaczął nawet marudzić, że pewnie celowo się nie spieszy, żeby umarli z ciekawości. Mimo tych insynuacji, kiedy wróciła, nikt jeszcze nie umarł. W dłoniach trzymała drewniane pudełko, nieco mniejsze niż kartka papieru, głębokie mniej więcej na długość palca wskazującego. Było wykonane naprawdę porządnie, z jasnego drewna o delikatnym, wielobarwnym połysku, jak pnie wyrzucone przez morskie fale, przesycone solą i zmienionymi przez prądy i kamienie w drobne okruchy muszlami. Miało proste wieko, niewielkie, i szufladkę, znacznie od niego większą. Postawiła je na stoliku i usiadła.
- Każdy Uznany musi posiadać pierścienie. Oprócz nas otrzymują je także inni potencjalni patroni, a każdy z nich ma swoje znaczenie.
Mówiąc to, zdjęła z szyi cieniutki łańcuszek, na którym, ukryty pod bluzką, wisiał niewielki, srebrny kluczyk. Idealnie pasujący do zamka, który otworzył się z cichym kliknięciem. Gdy uniosła pokrywę, ciekawość co poniektórych była tak wielka, że te osoby, a dokładniej Burton, pochyliły się, by być bliżej ewentualnej ciekawostki. Zręczne, szczupłe palce wydobyły z wyłożonego czarnym aksamitem wnętrza pierwszy z pierścieni. Był to srebrny sygnet ze znakiem drzewa, a dokładniej dębu.
- Ten mówi, z której części rodziny się wywodzę. Osoby z bocznej mają symbol żołędzia.
Pierścień poszedł w obrót przez wszystkie chciwe ręce, pragnące zbliżyć się do sekretów.
Kolejny pierścień był o wiele delikatniejszy. Był on również srebrny, wysadzany kilkoma maleńkimi diamentami. Prostą obrączkę wieńczył u góry egzotyczny kwiat, wykonany niezwykle misternie.
- Ten symbolizuje mnie, moje zwycięstwo i Uznanie. A ten - wyjęła drugi sygnet- to pierścień z pieczęcią. Bo widzicie, każdy Uznany otrzymuje pieczęć, która jest dziedziczna. Ten, kto ma pieczęć, nie może zostać niewolnikiem - jest to kolejna zaleta bycia jednym z nas. Każdy, kto odziedziczył ją po przodkach, dziedziczy przywilej i również otrzymuje pierścień. Ja swój musiałam wygrać, a rada musiała nadać mi pieczęć. Jest widoczna na sygnecie: wilk i kruk. Sam sygnet to oczywiście srebro, jak wszystko, ale oczko to serpentynit. Wykonano go w intaglio: to metoda rycia w kamieniu stosowana np. w starożytnym Rzymie przez wytwórców gemm.
Wszyscy uważnie oglądali symbol pozostawiony w kamieniu przez niekwestionowanego mistrza w swoim fachu: każdy szczegół był niezwykle dopracowany. Ravi w tym czasie zdążyła wyjąć już kolejny: prosty, wysadzany dookoła niebieskimi i zielonymi kamieniami o głębokich barwach.
- To pierścień patrona. Ten, komu go ofiaruję, będzie moim podopiecznym. Nadanie patronatu to niezbyt skomplikowany proces. Wystarczy że dam komuś ten pierścień i kilka listów do konkretnych osób, które zajmą się resztą. Trzeba zgłosić to radzie, musiałabym w takim wypadku również dać takiej osobie polecenia do krawca, kowala i złotnika, no i oczywiście pieniądze. Podopieczny mieszka również w domu patrona. Nosi się tak, by wszyscy wiedzieli, kto roztacza nad nim opiekę, ale pierścień jest bardzo ważny.
- To lepiej, żebyś nie miała podopiecznych, bo jeszcze by się tu musieli przenieść - spróbował zażartować Steve, ale absolutnie nikt się nie zaśmiał.
- Steve, nie bądź naiwny. Mam własną posiadłość, każdy Uznany dostaje swoją.
- Chojny gest, co nie? - Zagadnął Tony.
- Owszem.
- A gdzie to?
- Tajemnica. Dam ci radę: nigdy nie pytaj żadnego Łowcy o to, gdzie coś się znajduje. Jeśli nie powiedział ci sam, to albo nie chce, żebyś wiedział, albo jest to jedno z tych miejsc na świecie, które zajęliśmy dla siebie i o których istnieniu ludzie nawet nie wiedzą.
- Czekaj, co?! Jak to nie wiemy?
- Och, błagam, naprawdę sądzisz, że nie ma już na świecie miejsc, gdzie nie udało wam się dotrzeć? Pilnie strzeżemy swoich terenów, trzymając was z daleka, i, muszę przyznać, że rozumiem dlaczego i osobiście popieram.
- Dlaczego niby?
- Wy, ludzie, nie macie szacunku dla natury. Pomijając pojedyncze osobniki, macie niebywałą zdolność do destrukcji, bez obrazy. Jest mało rzeczy, które Łowcy szanują, ale nie moglibyśmy pozwolić, by ludzie zszargali naszą naturę. To jedna z nielicznych naszych pozytywnych cech. Wiesz jak wiele jest gatunków roślin i zwierząt, które zostały wybite przez ludzi? A u nas cześć z nich nadal żyje. Oraz wiele innych, których wy nie znacie. Może wam kiedyś opowiem, jeśli będziecie ciekawi.
- Zapamiętam.
No tak, oczywiście. Bruce bardzo interesował się takimi tematami. Będę musiała coś zrobić, żeby móc mu pokazać niektóre z naszych kwiatów - przemknęło jej przez myśl.
- Masz jeszcze jakieś pierścienie do pokazania? - Zapytała Natasha. Nie lubiła się do tego przyznawać, ale przemawiała przez nią klasyczna kobieca fascynacja biżuterią. Jej głos był wystudiowany, ale zdradzał ją lekki błysk w oku. Niby nic wielkiego, przeciętny człowiek nawet by tego nie zauważył i uznał jej uwagę za próbę zmiany tematu. Jednak ona nie dała się zwieść, nic jednak nie powiedziała na ten temat.
- Owszem. Ten jest najciekawszy, ponieważ ma intrygującą funkcję. Kiedyś był to jeden z najważniejszych, obecnie jest już niewiele wart, nadal jednak, ku chwale tradycji, jak to się mawia, nadaje się go. Ten pierścień otrzymuje każdy, nie tylko wybrane osoby, jeśli tylko spełni warunek. Należy mieć dwadzieścia lat, by go otrzymać. Wtedy można już spokojnie iść do złotnika z listownym poleceniem od opiekuna, ojca albo patrona, aby go otrzymać. Można mieć go wcześniej za specjalną zgodą rady albo gdy zostaje się Uznanym. Im ktoś jest ważniejszy, tym większą wartość ma jego pierścień.
- Brzmi, jakby naprawdę był ważny, zwłaszcza ta specjalna zgoda.
- Bo kiedyś był.
Wyjęła z pudełka naprawdę piękny pierścionek. Składał się z czterech skrajnie wąskich obrączek, połączonych metalowym elementem, który wyglądał bardzo pięknie, choć nieco dziwnie, mimo że ciężko było określić, na czym opierało się owo wrażenie inności. Dwie z nich, zewnętrzne, były wykonane w całości z serpentynitu - poznali go, ponieważ, wedle słów właścicielki, z niego właśnie wykonana była pieczęć sygnetu - którego barwa była jednak żywsza, głębsza i bardziej trawiasta. Miały liczne fasetki, pięknie załamujące światło. Dwie wewnętrzne zaś były ze srebra. Wyglądały, jak gdyby wielokrotnie okręcano każdą z nich wokół własnej osi, by ładnie się poskręcała, zanim uformowano z niej obrączkę. Były subtelnie wysadzane niebieskimi kamieniami, nie większymi niż główki od szpilek, rzadko umiejscowionymi. Miały przepiękny, głęboki kolor.
- Ten pierścionek był niegdyś niezwykle ważny, ponieważ był niezbędnym elementem ceremonii ślubnej.
- Chwila, chwila! Ale to co mówiłaś... Wybacz, że jestem taki niedelikatny, ale z tego co mówiłaś wcześniej jasno wynikałoby, że nie zawieracie małżeństw.
Steve był bardzo skonsternowany. Nie lubił gdy okazywało się, że czegoś nie rozumie. Wyjątek stanowiły jedynie fizyczne wywody Starka i Bannera, ale ich nikt nie rozumiał.
- Zdarza się to niezwykle rzadko, prawie nigdy. Kiedyś było to normalne, ale na przestrzeni lat wiele się zmieniło. Nikt już teraz tego nie robi, chociaż... mój kuzyn faktycznie ma żonę. Jest uważany za dziwaka, ekscentryka, ale ja go bardzo lubię. Jego żonę też: to bardzo przyjemna kobieta, nieczęsto zdarza się wśród nas ktoś o tak dobrym sercu jak ona.
- Czyli jednak mają miejsce takie sytuacje.
- Owszem. Oni są małżeństwem już jedenaście lat.
- Zaprosili cię na ślub? - Zapytał Stark.
- U nas na śluby się nie zaprasza. To ceremonia tylko dla dwojga.
- Z kąd wiesz, skoro nikt się nie żeni?
- Ponieważ się uczyłam, Tony. Nie tylko wiedzy ogólnej, ale też naszych własnych tradycji, historii i tak dalej, więc wiem, jak to wszystko wygląda.
- A jak to wygląda?
Zapytał Banner swoim monotonnym, spokojnym głosem.
- Widzicie ten element, który łączy części pierścionka? Doświadczony złotnik jest w stanie go otworzyć. Wtedy zamienia się połowicznie części pierścieni pary młodej - dwa pierścienie jej i dwa jego, żeby były identyczne. Ceremonia jest dla dwojga: wymieniają się pierścionkami i sobie przysięgają, no a potem...
Zaczęła mówić dość niewyraźnie a jej policzki zrobiły się różowe. Nie patrzyła im w oczy a efekt jej zażenowania był dość komiczny. W końcu Stark nie wytrzymał.
- Zapylają kwiatuszka?
- Stark!
Trzy głosy pełne oburzenia i dwie pary czerwonych policzków, czyli Loki, Rawena i Steve, dwa wybuchy śmiechu, czyli Clint i Tony oraz dwie niedowierzające, kręcące głowy, czyli Bruce i Natasha stanowiły idealny dowód zarówno na trafność spostrzeżenia, jak i na impertynencję miliardera.
- Przysięgam, że ze wszystkich...
- Wyluzuj. Nie mogłem patrzeć jak robisz się czerwona jak burak i zaczynasz się miotać, jakby ci ucięli głowę. Wyświadczyłem ci przysługę: powiedziałem to za ciebie.
- A nie mogłeś powiedzieć normalnie?
- Mam powtórzyć z cenzurą?
- Obejdzie się.
- Proste śluby tam macie.
- Nie ma sensu komplikować sobie życia.
- Czemu ich nie nosisz? - Zapytał Steve.
- Szczerze mówiąc... nie wiem. Ale może powinnam nosić chociaż ten jeden... Teoretycznie tak wypada.
- Opowiesz coś jeszcze?
- Oczywiście. Fury zjawi się dopiero za jakiś czas, prawda?
- Szczerze mówiąc, to stwierdził, że my mamy mu przekazać informacje. Zrobiło się jakieś małe zamieszanie, które musiał wyjaśnić. - Sprostowała Natasha.
- Będziemy musieli przede wszystkim ustalić, jak on się tu dostał. Fury był, delikatnie mówiąc, niezadowolony z faktu, że do pilnie strzeżonego budynku ktoś mógł sobie tak po prostu wejść, zostawić kopertę i wyjść. - Steve wyglądał na zmartwionego.
- W takim bądź razie rozumiem, że mam wyjaśnić całe to zamieszanie? Eh... Zaraz... chwila moment, czy tylko mi się wydaje, czy w ten piękny jesienny dzień nagle nadeszła burza?
- O czym ty...
Wszyscy nagle odwrócili się do okien. Faktycznie, na zewnątrz błyskawicznie zebrały się czarne, burzowe chmury, kłębiące się nad wierzą Avengersów.
- Thor wrócił.
....................................................
No i mamy kolejny rozdział. To jeden z tych, które nigdy nie podobają się autorowi. Mam nadzieję, że wam podobał się bardziej niż mi. Jeśli macie jakieś uwagi, piszcie śmiało w komentarzach.
Ps. Może zdarzyło się kilka drobnych błędów, ale sprzęt odmawia współpracy i uporczywie nie pozwala mi normalnie pisać, stale przesuwając tekst w inne miejsce. Muszę przyznać, że tak mnie to wkurza, że poprawiłam tylko największe byki, a na resztę machnęłam ręką, wściekła jak gniazdo os.