sobota, 30 stycznia 2016

Łowcy II

Niektórzy siedzieli na kanapie czy fotelach, ale większość stała. Patrzyli na nią, gdy wychodziła z windy. Czuła się nieco lepiej ze świadomością, że Loki stoi tuż za nią. Dawało jej to złudne wrażenie bezpieczeństwa. Twarz Fury'ego była jak gdyby wyciosana z kamienia - nic się z niej nie dało wyczytać.
- Rozumiem, że masz zamiar nam wszystko wyjaśnić? 
- Po to tu jestem. 
- Może jednak byś wyszedł? - Mierzyli się z Lokim wzrokiem. Żaden nie chciał ustąpić. 
- To nie będzie konieczne. - Powiedziała, spuszczając wzrok. 
- Nadal ma u mnie kredyt zaufania. To, że jest pożyteczny i od trzech lat nic nie wywinął, nie zmienia faktu, że rozwalił pół Manhattanu. Jeśli to coś poważnego, wolałbym sam zdecydować, czy się tego dowie. 
- Kiedy widzisz... On już zna prawdę. 
- Co?! - Wszyscy, którzy dotąd tylko się przysłuchiwali, teraz zaczęli głośno wyrażać swoje niezadowolenie. 
- Loki od prawie trzech lat zna całą prawdę. A jeśli przestaniecie krzyczeć, to wam też wszystko wyjaśnię. 
- Jak mogłaś dzielić się ploteczkami z tym jeleniem, a z nami to już nie? Nie ładnie... - Stark jak zwykle pokrył wszystko żartem. Zazwyczaj to lubiła, ale tym razem działał jej na nerwy. Im poważniejsza była sprawa, tym więcej żartował... 
Usiadła na kanapie, a Loki rozsiadł się tuż obok niej, ku niezadowoleniu wszystkich zebranych, i patrzył wyzywająco na każdego, kto zbytnio się do niej zbliżył. Gdy wszyscy usiedli, zaczęła opowiadać. 
- Wiem, że możecie mieć problem z tym, żeby mi zaufać, z resztą wcale tego od was nie oczekuję. Chciałabym tylko, żebyście wysłuchali do końca i nie przerywali. Jeśli przestanę mówić, to mogę mieć straszny problem, żeby zacząć znowu. Rozumiem, że jesteście wściekli, że was okłamałam. Ale nie miałam wyboru. No bo w co byście prędzej uwierzyli dwunastolatce, w to, że nic nie pamięta, i nie wie, kto ją tak wyszkolił, czy w to, że... 
Zawahała się. Przytknęła palce do skroni, starając się oswoić z tym, że na świat wychodzą najmroczniejsze tajemnice z jej życia. Miała dwadzieścia jeden lat, co oznaczało, że okłamywała ich przez dziewięć długich lat. To nie wróżyło dobrze... 
- Nawet teraz ciężko mi o tym mówić. Wtedy nie byłabym w stanie. W każdym razie... Eh. W sumie to nie wiecie o mnie nic, więc... może zacznę od początku, co? 
Patrzyła na nich wyczekująco, nie wiedząc, czy pozwolą jej się wytłumaczyć. 
- Zaczynaj odkąd chcesz, mi to nie robi różnicy. Tylko wyjaśnij to całe bagno tak, żeby nie ugrzęznąć. - Skwitował zimno Fury. 
Zamknęła na chwilę oczy, bojąc się wyjawić prawdę. Poczuła, że Loki dyskretnie ściska jej rękę, starając się dodać otuchy. Skoro ich związek zaczął się od wyjawienia prawdy, to może i tym razem się uda? 
- Urodziłam się w Detroit. Żyłam z matką w tym samym mieszkaniu, w którym pomieszkuję, gdy mam wolne i wracam do miasta. Nie znałam ojca, matka nie chciała o nim mówić. Któregoś dnia, gdy miałam sześć lat, nie obudziła mnie jak co rano. Więc wstałam i do niej poszłam. Leżała w łóżku, zimna i blada. Położyłam się obok niej i czekałam, aż się obudzi. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest martwa. 
Nie patrzyła na nich. Nie chciała ich współczucia. 
- Siedziałam tam dziesięć dni. W domu nie było nic do jedzenia, tylko woda w krainie do picia. Cały czas starałam się ją obudzić. Po dziesięciu dniach na nic już nie miałam siły. Wtedy ktoś wszedł do mieszkania. Powiedział, że jest moim ojcem. Że mama mu mnie zabrała, bo była samolubna i chciała nas rozdzielić. Że ona nie żyje. Dopiero później dowiedziałam się, że to on ją zabił. Otruł ją, a mnie zostawił tam na dziesięć dni, żeby sprawdzić moją wytrzymałość. Żeby się dowiedzieć, czy się nadaję. 
- Czy się nadajesz do czego? - Zapytał Steve. Loki posłał mu spojrzenie tak ostre, że mogłoby przeciąć go na pół. Rawena zawahała się ponownie. Wiedziała, że tak będzie, jeśli jej przerwą. Starała się uspokoić oddech, który zaczął niekontrolowanie przyspieszać, gdy powracały do niej obrazy przeszłości. Widać było po jej twarzy, że straciła już z nimi kontakt. 
Nagle poczuła, jak ktoś nią lekko potrząsnął. Spojrzała w jego zielone oczy. 
- Nie odpływaj. 
Kiwnęła tylko głową i podjęła znów przerwany wątek. 
- Zabrał mnie do siebie. Przez pierwszy miesiąc było wspaniale. Zaopiekował się mną jak prawdziwy ojciec, niczego mi nie brakowało. Nie dziwiło mnie nawet to, że nie wolno mi było opuszczać najwyższego piętra. Ale bajka się szybko skończyła.
Zaczęło się od treningów. Na początku indywidualnych. Gdy zyskałam kondycję i jakieś podstawowe umiejętności, zaczęłam ćwiczyć z resztą. Było ich tam dwudziestu. Sami faceci. Wielcy i wytrenowani, młodzi faceci. Podczas treningów nie wolno mi było od nich odstawać. Bieganie, siła, walka w ręcz, umiejętność posługiwania się bronią białą i palną. Umiejętności przetrwania. Ojciec stawał się coraz mniej miły, coraz bardziej bezwzględny. Jeśli nie byłam w stanie dorównać reszcie, kazał mi trenować, aż zemdleję ze zmęczenia lub podciągnę się do ich poziomu. Poza treningami trzymał mnie nadal z daleka od nich, ale nie dało się nie zauważyć, że dziwnie na mnie patrzą.
Gdy miałam osiem lat, byłam już najlepsza. Żaden z nich nie mógł pokonać mnie w pojedynkę. Dlatego zaczęli ze mną ćwiczyć parami, bo z dwoma nie mogłam sobie poradzić. Wtedy ojciec uznał, że już jestem gotowa. Zabrał mnie na niższe piętra. Pierwsze piętro to były tylko ich pokoje i łazienki. Wszystko było o wiele gorsze niż na górze. Parter był wspólny, a niżej była... PIWNICA.
Na jej twarzy gościł strach. Zadrżała na samo wspomnienie tego miejsca. Umilkła. Nie mogła wydobyć z siebie ani słowa więcej.
- Czy łaskawie można przełożyć resztę tego przesłuchania na później? Jest środek nocy, a ona już więcej wam dzisiaj nie powie. - Warknięcie Lokiego wyrwało wszystkich z zamyślenia. Patrzył na nich z taką wściekłością, że aż ciarki przechodziły po plecach. Wszyscy na chwilę przestali wgapiać się w dziewczynę, która wyglądała, jak gdyby zapadła się w sobie. Jej wzrok był dziwaczną kombinacją pustości i strachu.
- To chyba pierwsza mądra rzecz, jaką powiedziałeś, odkąd wyjechała, łosiu. - Skwitował Stark. - Ja tam padam z nóg, popieram pomysł rogacza. Kto jest za, niech...
- Dobra, starczy tego. - przerwał mu Steve. - Sądzę, że wszyscy powinniśmy odpocząć i przemyśleć to i owo.
- Jutro chcę usłyszeć resztę. - Zaznaczył tylko Fury, opuszczając pomieszczenie. Wszyscy poszli w jego ślady, w salonie zostali tylko Loki i Rawena. Upewniwszy się, że nikt ich nie podgląda, objął ją i przeciągnął na swoje kolana. Oplotła jego szyję ramionami, starając się uspokoić. Wciąż lekko drżała ze strachu, który nie przeminął przez te wszystkie lata. Gładził ręką jej włosy i plecy, uspokajająco. Nikt nigdy nie posądziłby go o taki gest. Tylko wobec niej był delikatny.
- Już wszystko dobrze.
Pocałował ją w czoło, patrząc w jej wilgotne oczy. Uśmiechnęła się nieśmiało.
- Poszło lepiej, niż sądziłam... Choć najgorsze jeszcze przed nami.
W odpowiedzi pocałował ją czule. Tylko sobie nawzajem okazywali uczucia, wszystkich innych traktowali raczej szorstko. Dlatego ukrywali ten związek - nie potrafili się zdobyć na okazywanie emocji. Dlatego nazywali się kalekami. Uczucia można było wykorzystać do swoich celów. Jeśli nikt nie wiedział, co czujesz, nikt nie mógł cię skrzywdzić.
Całowali się coraz namiętniej, ciesząc się swoją bliskością po dwóch tygodniach rozłąki, jej ręce w jego włosach, jego dłonie na jej udach.
- Nie boisz się, że nas odkryją? - Zamruczała między pocałunkami.
- Nie. Zresztą, przecież muszą się czegoś domyślać. Nie są AŻ TAK głupi.
- Uważaj, bo im powiem, że prawisz im komplementy, kiedy nie słyszą. - Zaśmiała się.
W odpowiedzi pociągnął zębami jej dolną wagę i przeniósł usta na jej szyję. Wygięła się delikatnie w łuk, przymykając oczy z rozkoszy. Zniknęli w kłębach zielonego dymu, by w tym samym momencie pojawić się w jego sypialni.
.....................................................................
Pomimo późnej pory, telefony Avengersów wyświetliły sygnały grupowej konwersacji tekstowej. Z konwersji wykluczono Lokiego i Rawenę, a jej promotorem był Stark.
NATASHA: Stark, czego ty znowu chcesz? Wiesz która godzina?
STARK: Po drugiej.
HAWKEY: Oby to było ważne...
STEVE: Coś się stało?
STARK: No tak jakby. Zgadnijcie, co właśnie zobaczył Jarvis. Nasze gołąbeczki!!!
Stark wysłał film
A wiecie, co to oznacza? Skoro się obściskują na sofie w salonie, a zaraz potem znikają z obrazu Jarvisa...
HAWKEY: To znaczy, że przenieśli się do części prywatnej, niemonitorowanej.
STARK: Dokładnie.
STEVE: Ty wstydu nie masz?! Podglądasz ich?!
STARK: Nie potrzebuję przyzwoitki, słonko. To znaczy, że jednak są razem. Co oznacza, że WYGRAŁEM ZAKŁAD!!!
STEVE: Ty naprawdę robiłeś te zakłady? Boże...
STARK: Hej, nie wzywaj na daremne! Nieładnie, kapitanie... Moje zakłady, moja sprawa. Tylko tak sobie pomyślałem, że wszyscy powinni mieć równy dostęp do informacji.
NATASHA: A ponoć to kobiety są plotkarami...
STARK: Równouprawnienie działa w dwie strony, złociutka. Kobiety mogą walczyć na froncie, faceci mogą sobie czasem poplotkować. Tak czy inaczej, jutro rozliczenie zakładów! Przypominam: Bruce, wisisz mi pięć dych!
BRUCE: Założyłem się z tobą tylko po to, żebyś dał mi święty spokój...
STARK: No to teraz płacisz! Ogórek, nie bądź sztywniak! No dobra, jedziemy dalej... Burton, założyłeś się o stówę, że są parą, ale jeszcze przez trzy miesiące ich nie przyłapię. Przyłapałem. Płacisz, ale dostajesz jedną trzecią z tego, co wpłacą ci, którzy mówili, że nie są.
BURTON: Ale założyłem się też o dwie, że zdobędę przed tobą dowód na to, że nasz Jelonek dotarł do ostatniej bazy. Masz taki? Jednoznaczny?
STARK: Oj, Clint, nie kuś, bo zdobędę! Hej, a ty ile baz wyróżniasz? 
HAWKEY: Ja 4. A ty?
STARK: Co? Ja 6... No wiesz, co kto lubi... Hehehehehe. 
NATASHA: Jesteście okropni.
STEVE: Są. Ale nic na to nie poradzisz. Cóż... Przynajmniej czegoś się dzisiaj o niej dowiedzieliśmy. Mimo że to okropne.
NATASHA: Nie przejęła się aż tak trupem matki, jak samym słowem "piwnica".
STEVE: Mówiła, że miała osiem lat. Skoro nadal tak to przeżywa, to musiało tam być naprawdę nieciekawie.
NATASHA: Dowiemy się jutro.
......................................................................
Rawena leżała w jego łóżku, zmęczona i zaspokojona. On leżał w połowie na niej, a w połowie obok, obsypując pocałunkami jej blizny. Lubiła, kiedy tak robił - wydawały jej się wtedy mniej straszne.
- O czym myślisz?
- O tym, jak bardzo lubię, gdy mnie tak całujesz. I o tym, jak bardzo to wszystko się różni od naszego pierwszego razu.
- Oj tak. - Powiedział z uśmiechem. - Co jak co, ale to trudno nazwać normalnym. Byłem z nie jedną kobietą, ale żadna nie płakała ze strachu.
- Cóż, dopiero przy tobie zaczynałam przestawać bać się dotyku. Wcześniej seks kojarzył mi się tylko z karą i bólem.
- Wiem, kochana, wiem... Dlatego tak bardzo się cieszę, że mi ufasz.
Na jej twarz wykwitł rumieniec, ale i uśmiech.
- Po prostu wiem, że mnie nie skrzywdzisz.
- Ale mógłbym. Bądź co bądź, jestem silniejszy niż Midgardczycy. Gdybym użył dużo siły, mógłbym cię połamać.
- Wiem, że tego nie zrobisz.
Jej oczy powoli zaczęły się zamykać. Było już bardzo późno. Loki przykrył ich oboje kołdrą, a Rawena wtuliła się w jego przyjemnie chłodne ciało. Zasnęła, otoczona jego troskliwymi ramionami.
...................................................................
Dzisiaj rozdział jest raczej słodziutki. Ale nie przyzwyczajajcie się, po kilku rozdziałach wprowadzenia zacznie się bardzo przerażająca, krwawa rzeczywistość. Jeśli wam się podoba, zostawcie komentarz, polećcie znajomym, itd. A jeśli coś wam nie pasuje, to piszcie, jak zawsze jestem otwarta na krytykę czy sugestie. Możecie też wstawiać linki do swoich blogów, bardzo chętnie odwiedzę i, oczywiście, skomentuję ;-) HAPPY, LOKI'D DAY! 

sobota, 23 stycznia 2016

Łowcy I

Oto jest pierwszy rozdział. Gorąco polecam podkład muzyczny w postaci "Streets of Detroit " sqürl.
Miłego czytania.
............................................................................
Prawa - lewa - obrót - kopnięcie. Lewa - prawa - obrót - kopnięcie. Prawa - lewa - obrót - kopnięcie. Lewa - prawa - obrót - kopnięcie.
Worek treningowy przyjmował na siebie kolejne ciosy wymierzane z morderczą szybkością i precyzją przez młodą dziewczynę. Była ubrana cała na czarno. Buty, getry, bluza, rękawiczki. Włosy w kolorze gorzkiej czekolady opadały jej na pierś gęstymi falami. Cały dzień ćwiczyła. Najtwardsi mężczyźni nie wytrzymywali tyle, co ona.
Gdy opuszczała siłownię było już ciemno. Przedmieścia Detroit moczył deszcz. Żółte światło ulicznych latarni odbijało się w kałużach przy chodnikach, przez które raz na jakiś czas przyjeżdżał pojedynczy samochód, ochlapując nielicznych przechodniów. Szła szybko. Kilka razy z bocznych uliczek wołali do niej pijani mężczyźni, zachęcając by "przyłączyła się do zabawy". Nikt jednak nie próbował jej zatrzymać, co przyjęła z ulgą. Nie chciała rozgłosu ani wzbudzania podejrzeń. Czarna, skórzana kurtka, wystający spod spodu kaptur, twarz ukryta za chustą. Widać było tylko te niesamowite, zielone, płonące oczy. Wyglądały jak u głodnego drapieżnika. Były wręcz nierzeczywiste, jak gdyby wycięte z kadru filmu o bardzo przesyconych barwach. Stojąc w cieniu starej kamienicy, otworzyła drzwi staromodnym, żelaznym kluczem, po czym szybko weszła na trzecie piętro, do swojego mieszkania. Zamknęła za sobą drzwi na przysłowiowe cztery spusty. Czarne, wysokie glany zostawiła w korytarzu, razem z torbą i kurtką. Mieszkanie było małe i dość ciemne. Po prawej była niewielka kuchnia ze stołem, po lewej maleńki salon. Stała w nim stara, brązowa, skórzana kanapa przykryta kocem, mały stolik, duży regał na książki. Telewizora nie było. Nie interesowała się telewizją, uważała ją za stratę czasu. W salonie były drzwi do jej sypialni. Było tam łóżko, komoda, niska szafka nocna, szafa i okno po lewej. Były tam jeszcze jedne drzwi, prowadzące do małej łazienki z prysznicem, pod który właśnie się udała. Woda rozluźniała zmęczone treningiem mięśnie, które widocznie, ale w bardzo kobiecy sposób odznaczały się pod jej bladą, aksamitną skórą. Smukła sylwetka, długie nogi i wyraźny biust. Nikt, kto by ją zobaczył, nie uwierzyłby, kim jest. Chyba że potrafiłby rozpoznać pochodzenie jej blizn. Długie ślady po nożu gdzieniegdzie znaczyły piękne ciało. Skupione w jednym miejscu kreski, świadczące o otwartym roztrzaskaniu stawu biodrowego z prawej strony. Inne blizny były już niemal niedostrzegalne. Większość z nich pozostała w jej psychice.
Wyszła z łazienki, owinięta białym ręcznikiem, wycierając mokre włosy. W kuchni na stole czekała na nią staromodna, żółta, papierowa teczka na akta. Otworzyła ją z westchnieniem. Jakoś przecież musiała zarabiać na czynsz. Nie mogła narzekać, przecież agencja dobrze chroniła swoich ludzi. Wykonywała tylko najważniejsze zadania. Była jedną z najlepszych. Mimo to miała tam bardzo ograniczone zaufanie. Nie dziwiła się temu. Była przecież duchem.
To, co zobaczyła na pierwszej stronie, wprawiło ją w osłupienie. Nie mogła w to uwierzyć. Nie... Nie teraz, nie po tych wszystkich latach!
Wyciągnęła telefon służbowy, z którego nigdy jeszcze nie korzystała, bo był na specjalne wypadki. Wybrała jedyny numer, który w nim był.
- Fury, to ja. Właśnie dostałam tę teczkę. CO TO MA BYĆ?!
- Uspokój się. Nigdy nie byłaś taka nerwowa... Wiesz coś o tej sprawie?
- Wiem. Ale nie chcę rozmawiać o tym przez telefon.
- To bezpieczna linia.
- Pewności nigdy nie ma. Dla niektórych nic nie jest niemożliwe, nawet podsłuchiwanie was. Wolę mieć pewność. Jak szybko możesz kogoś po mnie przysłać?
- Za jakieś dwie godziny na lotnisku w Detroit wyląduje odrzutowiec Starka. Zabiorą cię do Stark Tower. Powiesz mi, co o tym wiesz? Zawsze unikasz kontaktu z resztą, a teraz...
-... Wszystko, Fury. Wiem o tym dosłownie wszystko.
.......................................................................
Czarny Junak 122 Sport mknął ulicami w kierunku lotniska. Czarny, skórzany strój kierowcy opinał kobiecą sylwetkę. Motocyklowy kask nie tylko ochraniał, ale też przede wszystkim chronił tożsamość. Była zestresowana, pierwszy raz od lat czuła tak wielkie napięcie. Rozglądała się dyskretnie, bojąc się ewentualnego zagrożenia, które mogło nadejść z każdej strony, o każdej porze dnia i nocy.
......................................................................
Siedząc w odrzutowcu, usilnie starała się znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Nie mogła uwierzyć, że to się działo naprawdę. Zamknęła oczy i oparła głowę. Będzie musiała im wszystko powiedzieć, odsłonić nagą prawdę, brutalną i straszną. Przyznać, że okłamywała ich przez lata, mówiąc, że nie pamięta nic ze swojej przeszłości. Bała się ich reakcji, bała się, że nie zrozumieją. Że będą się jej bać.
Pocieszająca wydała jej się jednak wizja spotkania z jedyną osobą, która znała prawdę. Byli tacy do siebie podobni... Dwie emocjonalne kaleki, jak to sobie czasem żartowali. Dwie osoby skrzywdzone przez niesprawiedliwy świat. Ich sytuacje były tak różne i tak podobne zarazem... On miał rodzinę, która skrzywdziła go nieumyślnie, ukrywając prawdę, przez co myślał, że nie jest nic wart. Ona miała rodzinę potworów, którzy sprawili, że też tak się czuła.
Po tym co zrobił, zrehabilitował się. Zaczął pomagać TARCZY z przymusu, mając do wyboru to, albo celę. Teraz jednak robił to z własnej woli, choć na swój sposób. Narzekał, marudził, uprzykrzał życie, nie słuchał się nikogo. Ale był dobry w tym, co robił, a reszta darzyła go czymś w rodzaju niechętnej tolerancji.
Ona chciała im pomagać. Chciała chronić innych przed tym, co spotkało ją.
Ich związek trzymali w sekrecie. Obawiali się reakcji otoczenia. Nikt nie przypuszczał, że ta dwójka potrafi być dla kogokolwiek tak czuła i delikatna, jak byli dla siebie nawzajem, gdy zostawali sami. Przy pozostałych zachowywali się wobec siebie miło, ale nie okazywali sobie uczuć otwarcie. Podejrzewali, że się domyślali, lecz nigdy nie dali im żadnego bezpośredniego dowodu na istnienie tego związku.
Uśmiechnęła się pod nosem. Oboje mieli jasną cerę, ciemne włosy i niezwykłe oczy. Zielone oczy, lśniące jak klejnoty. Podczas ich pierwszego spotkania nie mogli w to uwierzyć. Dopiero później uznali to za "znak przeznaczenia". Tęskniła za nim. Wyjechała zaledwie na dwa tygodnie, a już zdążyła zatęsknić. Nie mogła się doczekać, aż wyląduje, choć jednocześnie była niesamowicie przerażona.
Gdy odrzutowiec wylądował, czuła, jak gdyby wnętrzności związały jej się w ogromny, ciasny supeł. Wchodząc do środka, kurczowo ściskała ramię plecaka. Był to jedyny bagaż, jaki ze sobą wzięła. Stała przed drzwiami windy, bojąc się coraz bardziej. Gdy się rozsunęły, natychmiast została porwana w objęcia mężczyzny, który wyjechał jej na spotkanie. Pachniał tak cudownie, męsko i świeżo... Jak dom.
- Słyszałem, co się stało.
Nie odpowiedziała. Wiedziała, że nie musi. Rozumieli się bez słów. Wtuliła się tylko bardziej w jego klatkę piersiową, szukając w sobie siły do tego, co musiała zrobić.
- Chcesz im wszystko powiedzieć. -To nie było pytanie.
- Nie mam innego wyjścia.
- Chcesz, żebym był wtedy z tobą?
- Tak. Nie chcę mierzyć się z tym sama.
- W porządku. To chodź. Im szybciej, tym lepiej, prawda?
Nie puszczając się, weszli do windy. Patrzyła na migające na wyświetlaczu numery pięter, nieubłaganie zbliżające się do salonu... Złapał ją za rękę, chcąc dodać otuchy. Spojrzała na niego tym szczerym, zarezerwowanym tylko dla niego spojrzeniem, w którym nie ukrywała niczego, pokazując swoje emocje.
- Loki...
W tym momencie drzwi się otworzyły, ukazując salon, w którym siedzieli wszyscy Avengers i Nick Fury. Czekając na wyjaśnienia.

Witam

To jest blog o tematyce mocno związanej z filmami Marvela, w szczególności Avengers i Thor. Akcja toczy się przed Thor The Dark World.
Witam w świecie z waszych najgorszych koszmarów. Witam w świecie Łowców. Witam w brutalnym, drastycznym świecie ofiar, przemocy, bólu i krwi. Witam w świecie Raweny Seiver.