Loki pił kawę, Rawena sok, a pozostali jedli to, co im jeszcze ze śniadania zostało. Wtedy odezwał się Clint.
- Hej Rav, wiesz co, założyłem się o coś ze Statkiem. Odpowiesz mi na jedno pytanie?
- Umhyh - Wymruczała ze szklanką przy ustach.
- Loki dotarł do ostatniej bazy? Bo homerun chyba był, co nie?
Wciągnęła głęboko powietrze, co nie było zbyt korzystne, biorąc pod uwagę, że piła. W efekcie zaczęła kaszleć i się ksztusić. Loki tylko wgapiał się w niego szeroko otwartymi oczami, z rozchylonymi zaskoczeniem ustami, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.
Gdy się opanowała, spojrzała na wyszczerzonego Burtona, czerwona ze wstydu, gniewu i oburzenia, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że szyby się zatrzęsły.
- Brawo. Genialne posunięcie. - Mruknął Loki, ruszając za nią.
- Ale apropos jego wypowiedzi, czy waszego sek...
- Zamknij się, Stark! Nie kompromituj się bardziej, o ile to wogle jest jeszcze możliwe!
Gdy wyszedł, wybuchnęli śmiechem.
- Ale z was dzieciaki... - Skwitowała Natasha, przenosząc się na kanapę. Banner i Rogers, zgadzając się z nią, również postanowili pozostawić rozchichotanych mężczyzn samych sobie.
- Genialne posunięcie... - Wyksztusił między salwami śmiechu Clint.
- Jakie szczere... Ohouhou... O rany. No dobra, przegrałem, to płacę. Ta mina była moim zdaniem jednoznacznym dowodem, że owszem, to było GENIALNE POSUNIĘCIE.
Zaśmiewali się do łez, gdy Loki uchylił drzwi do pokoju dziewczyny. Była wściekła i zawstydzona. Stanął blisko niej, ale wiedział, że, gdy była w takim stanie, lepiej było jej nie dotykać.
- Na mnie też jesteś zła?
- Dlaczego tak uważasz? - Złagodniała nieco, dostrzegając jego wahanie.
- No bo dowiedzieli się przecież prawie napewno przez to, co było wczoraj.
- Tak czy inaczej by się dowiedzieli. Z pewnością się domyślali. Takich zakładów nie robi się z dnia na dzień, więc pewnie od dość dawna się tym interesowali.
- Naprawdę jesteś wściekła.
- Owszem, jestem. Ale nie na ciebie, tylko na tych dwóch idiotów. Nie zależnie od wszystkiego, nasze życie intymne nie powinno ich obchodzić, a wszystkie takie debilne komentarze powinni zostawić dla siebie.
- To akurat święta prawda. Aż mnie korci żeby wywinąć im jakiś numer, jak to mawia Fury.
- To by było strasznie dziecinne... Choć nie przeczę, że też mam na to ochotę. Dawno nie czułam się taka upokorzona. Nie pozwolę im tak się traktować... Ale chyba najpierw spróbuję to załatwić po dobroci. Co ty na to?
- To bardzo dojrzałe podejście, kompletnie nie w moim stylu. Ale to chyba najlepsze, co można w takiej sytuacji zrobić. Co za okropne, sportowe porównanie... BAZY. Do której BAZY. Uh, to brzmi okropnie...
- Zgadzam się. Eh... Ale trzeba tam wrócić. Muszę dokończyć wyjaśnienia.
Wyraźnie posmutniała. Podszedł do niej i ją przytulił.
- Wiem, że to dla ciebie trudne. Ale dasz radę. Cóż, skoro już wiedzą, to może będę mógł jakoś lepiej dodać ci otuchy. Może to ich zawstydzi... Albo dadzą sobie spokój, kiedy poznają prawdę.
- Od kiedy to szukasz pozytywów?
- Od kiedy mam ciebie.
......................................................................
Stojąc przy drzwiach salonu, usłyszeli krzyki.
- Ile wy macie lat?! Nie potrzeba mi tutaj bujek, a doskonale wiecie, że ona może wam skopać te leniwe tyłki, nie wstając nawet z kanapy! Zachowujecie się jak dzieci.
- Przepraszam, mamo!
- Stark, mógłbyś sobie chociaż raz darować?
- No nie do końca...
- To się zamknij, bo mam ci coś do powiedzenia! - Wcięła się Rawena, wchodząc do środka. Za nią, wyraźnie zainteresowany, podążał jak cień Loki. Dziewczyna ominęła zdenerwowanego Nicka i podeszła do miliardera z okropnym, sztucznym, słodkim uśmieszkiem, który wprawiał w przerażenie. Nachyliła się nad nim, po czym, nie zmieniając wyrazu twarzy, powiedziała:
- Antony Starku, jeśli usłyszę z twoich ust jeszcze jeden komentarz na temat mojego życia seksualnego, to przysięgam, że powtórzę wyczyn Lokiego zprzed trzech lat i wywalę cię przez okno, ale tym razem SKUTECZNIE.
Po tych słowach odsunęła się i, jak gdyby nigdy nic, usiadła na kanapie, nieco naburmuszona.
- Coś mi się zdaje, że chcieliście dalej wysłuchać jakże żałosnej historii mojego życia, więc lepiej usiądźcie.
Clint już się przymierzał, żeby usiąść obok niej, ale Loki skutecznie mu to uniemożliwił, przeskakując oparcie i lądując tuż koło brunetki. Objął ją ramieniem i spojrzał na łucznika wyzywająco.
- Coś mi mówi, że ciebie jej słowa też dotyczą. A ja jej chętnie pomogę. Więc się pilnuj.
Dziewczyna podkurczyła nogi i objęła je rękoma. Była wręcz nie do poznania, taka przestraszona i delikatna... Zupełnie nie taka, jaką ją znali. Loki już nie powstrzymywał się przed pewnymi gestami, dlatego patrzył na nią ze współczuciem, zmartwiony tym, co ta rozmowa z nią robi.
- Jak już mówiłam, kiedy miałam osiem lat, zabrał mnie do piwnicy. Wtedy odkryłam prawdę. Mój ojciec... jest... jest... Łowcą.
- Łowcą? W sensie że co, poluje na zwierzęta? - Wtrącił z niedowierzaniem Stark. Nie uważał tego za aż tak straszne, żeby nie mogła się wysłowić.
- Cóż... Według jego standardów tak. Ale wedle tych ogólnie przyjętych, to poluje... na ludzi.
Zapadła cisza. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co powiedziała. Jej ojciec polował na ludzi. To dlatego ukrywała przed nimi swoją przeszłość. Bała się ich reakcji, i bała się tego, co mogą o niej pomyśleć.
- W piwnicy były drzwi. Z obu stron korytarza. Pełno drzwi. Starych, drewnianych, ciężkich drzwi. Z żelaznymi kratami u góry i z klapkami na dole. A na każdych wisiała mała tabliczka. Było na niej napisane imię i jakieś cyfry. Mój ojciec posiadał wielu niewolników. A raczej niewolnic. Bardzo wiele. Część z nich kupował, ale większość była upolowana. Wychodził, albo wysyłał jednego z NICH, po czym zabierał sobie upatrzoną wcześniej ofiarę. Jest Panem i sadystą. Wszyscy jego uczniowie to wiecznie napaleni sadyści. Trzyma ich w ryzach, ale każe im ćwiczyć na gorszych niewolnicach. Uczy ich tych wszystkich okropności, uczy jak polować na ludzi, szkoli na łowców.
Dziewczyna mówiła coraz szybciej, jej oczy zrobiły się mętne, cała drżała.
- A kiedy mnie tam zabrał, chciał mnie zmusić do tego samego. Chciał, żebym się nad kimś znęcała, wykorzystując to, czego mnie nauczył. Zaczęłam krzyczeć, powiedziałam, że nie chcę tego robić, nie chcę tak traktować drugiego człowieka. Był wściekły, naprawdę, naprawdę wściekły... Ukarał mnie.
Jej oczy wyglądały jak u zaszczutego zwierzęcia. Milczała, nie mogąc wyksztusić ani słowa więcej.
- Co zrobił? - Zapytał Fury.
Ale ona tylko zacisnęła powieki i pokręciła głową, nie mogąc mówić dalej.
- Rawena, jeśli chodzi o to, co myślę, to musimy znać go najlepiej, jak się tylko da. Każdy szczegół może być istotny.
- Nie mogę...
- Musisz.
- Przecież powiedziała, że nie! - Loki był już ekstremalnie wkurzony. Wiedział, że to konieczne, ale nie mógł znieść myśli, że ona cierpi. Jako jedyna mu ufała, zależało jej na nim. Opiekowali się sobą nawzajem, a on nie potrafił ochronić jej przed mrocznymi wspomnieniami.
- Loki, jeśli nie potrafisz nad sobą zapanować, to wyjdź!
- Nie zamierzam.
- Uważaj, bo zaraz...
- Dosyć!
Wszyscy spojrzeli na nią. Była przerażona, ale i wściekła.
- Żeby mnie ukarać... - Wbiła wzrok we własne ręce, a kłucący się dotąd mężczyźni usiedli, słuchając uważnie. Brunet złapał ją za rękę, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. - Pokazał mi, jak jest po drugiej stronie kraty. Zamknął mnie w takiej samej celi, jak swoich niewolników. Bił, kopał... Następnego dnia było gorzej. Był naprawdę wściekły... On... On... - Jej oddech przyspieszył, oczy były rozwarte strachem, miała dreszcze. - On im dał wolną rękę... W... Wpuścił ich do mnie... Wszystkich dwudziestu... n... na... Na trzydzieści sześć godzin...
- Dobra, dosyć tego! Idioci, nie widzicie, że ona dłużej nie wytrzyma?! Ravi, idziemy!
Zniknęli w kłębach zielonego dymu, ale mimo to pozostali zdołali zaobserwować strumienie łez, spływałające po jej policzkach. A ona nigdy nie płakała. Nigdy, odkąd ją poznali. Nawet na tych filmach, na których Clint ryczał jak panienka, udając, że coś mu wpadło do oka.
- No, tym razem to nie ja przegiąłem. - Skomentował Stark. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy rozeszli się po salonie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Fury rzucił tylko, że mają go poinformować, kiedy będzie w stanie kontynuować, po czym opuścił ich, mamrocząc coś o marnowaniu jego czasu.
- Clint? - Zaczął Tony.
- No?
- Zdaje mi się, czy on powiedział na nią "Ravi"?
.......................................................................
Siedziała na nim okrakiem, wtulając się w jego szyję i płacząc jak skrzywdzone dziecko. On obejmował ją i lekko kołysał, siedząc na brzegu swojego łóżka. Czuł jej cierpienie, ale nie potrafił pomóc. Mógł tylko szeptać jej uspokajająco, że już dobrze, że nic jej nie grozi, że jest z nią i nie pozwoli jej skrzywdzić. Nigdy nie potrafił pocieszać, nigdy nawet nie próbował. Zanim ją poznał, na nikomu tak mu nie zależało. W duchu błagał, żeby przestała już płakać... Dużo później, jej szloch nieco przycichł, aby w końcu ucichnąć całkowicie. Opierała się o niego, bezbronna, wycieńczona i odrętwiała.
- Już lepiej?
- Tak...
- Mogę coś zrobić? Chcę pomóc...
- Chyba nie. Ale samo to że jesteś trochę pomaga.
-... Mogę cię o coś zapytać? Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać...
- Możesz. Ty możesz.
- Ty to nadal pamiętasz, prawda?
- Każdą sekundę - Odpowiedziała po chwili, nie głośniej od szeptu.
- Może tu zostaniemy, co? Będziemy mieć spokój przez jakiś czas.
- Tak. Ale nie długo... Fury musi tu siedzieć, dopóki nie skończę, a powinien jednak pracować. Będzie wściekły. Wiem, że trochę to rozumie, ale moje niekontrolowane emocje są tu przeszkodą w rowiązaniu sprawy. Co się ze mną dzieje? Zawsze jestem przecież taka opanowana, a teraz rozklejam się od razu, jak dziecko...
- Nie przejmuj się tym tak. Bądź co bądź cała ta sprawa uderza w twój czuły punkt. Nic dziwnego że nie możesz nad sobą zapanować. Ja do niedawna wpadałem w szał, kiedy ktoś nazwał mnie synem Odyna. Dopiero niedawno się z tym pogodziłem. Dzięki twoim wielogodzinnym wykładom - zaśmiał się.
- To dlatego, że ty się zachowywałeś jak pacan, który nie potrafi docenić tego, co ma. A ja...
- Hej, nie smuć się tak...
- Myślisz, że warto być z nimi w pełni szczerym?
- Myślę, że tak. Pamiętasz, jak było z nami?
.........................(retrospekcja).......................
Trzy miesiące siedział w Stark Tower, zamknięty w swoim nowym pokoju. Nuda. Przeczytał już wszystkie książki z położonej w salonie biblioteczki. Co jakiś czas pojawiał się pomysł wysłania go gdzieś na przeszpiegi, ale kompletny brak zaufania wobec bożka sprawiał, że zamiary za każdym razem kończyły się na teoriach. Podejrzewali, z resztą słusznie, że zrobiłby wszystko, by się im wymknąć. Sama jego obecność doprowadzała wszystkich do szału, a jego stoicki spokój i niczym nieuzasadniona pewność siebie powodowały ciągłe wybuchy. Banner jako jedyny dawał sobie radę z kontrolowaniem gniewu. Raz czy dwa zdażyło mu się zaproponować komuś pomoc w opanowaniu emocji, ale skutkowało to tylko kolejnymi awanturami, więc w końcu dał sobie spokój. Loki natomiast usilnie starał się odzyskać utraconą moc. Odyn rozkazał odebrać mu niemal wszystkie siły, co miało być dodatkową karą dla przyzwyczajonego i polegającego na nich boga. Był wściekły, ledwo starczyło mu mocy na najprostsze zaklęcia. Wcale nie czuł się pewny siebie, ani tym bardziej spokojny. Był wściekły. Postanowił jednak nie dać tego po sobie poznać, jak zwykle grając swoje rolę.
Ktoś zapukał, a raczej ZAŁOMOTAŁ do drzwi.
- Czego? - Zawarczał.
- Wyłaź, znalazła się dla ciebie robota! - Krzyknął Stark.
Loki niezwykle niechętnie zwlókł się z łóżka i poszedł do salonu. Czekali tam na niego Avengersi i jakaś dziewczyna. Przyjrzał się jej uważnie, tak, żeby nie zauważyli jego rosnącego zainteresowania. Była średniego wzrostu, smukła, ubrana w obcisły, czarny strój, który doskonale podkreślał jej kobiece kształty.
Ma piękne ciało - pomyślał, zanim zdał sobie sprawę z tego, w jakim kierunku podążają jego myśli. Stała, oparta o ścianę, patrząc przez przeszkloną cześć salonu. Widział jej profil. Miała piękne, czekoladowe włosy, opadające na pierś, smukłą szyję i nietypowe rysy twarzy. Były raczej ostre, ale w jakiś subtelny, kobiecy sposób. Urzekające. Delikatnie wykrojone usta zwracały uwagę bożka, w którego głowie zaczęły powstawać związane z nimi fantazje...
Zmusił się do odsunięcia tego wszystkiego od siebie i udawania jedynie lekko zainteresowanego, choć w rzeczywistości ciekawość wręcz go zżerała. Nie mógł dostrzec jej oczu.
- Jeżeli wywiniesz jakiś numer,- Zaczął Fury - jeżeli choćby spróbujesz, to lecisz na Asgard, do paki. Do końca życia z tamtąd nie wyleziesz, a, z tego co wiem, to ładnych pare latek masz jeszcze przed sobą. Zrozumiałeś?
- Ależ oczywiście. - Powiedział, drocząc się z nim.
- Świetnie. Oddaję cię więc w "opiekę" agentce Seiver. Jestem pewien że przypadniecie sobie do gustu. - Powiedział zgryźliwie.
Oj, ależ mnie ona już przypadła do gustu, matole. Lubię takie... Ale ty się o tym nawet nie dowiesz, chyba że ja tak postanowię.
Dziewczyna nagle stanęła przed nim, patrząc mu w oczy. Różnica wzrostu między nimi była na tyle duża, że musiała unieść głowę, co nie przeszkadzało jej pewności siebie. Podobała mu się coraz bardziej... Do tego te oczy. Były niezwykłe, zielone i lśniące, o barwie tak cudownie nasyconej, jak trawa w środku wiosny.
- Wyjaśnijmy coś sobie. Pracuję sama. Do mnie przydzielili cię tylko po to, żebyś się wreszcie do czegoś przydał. Więc nie licz na żadne luksusy czy ulgowe traktowanie, bo dla mnie nie jesteś żadnym książątkiem, tylko pyskatym smarkaczem i się ciebie nie boję. Jeśli będziesz mi przeszkadzał, pożałujesz.
Po tych słowach ominęła go i najzwyczajniej w świecie wyszła. Wszyscy byli w lekkim szoku, bo dotąd nikt nie odważył się tak do niego zwrócić. Bądź co bądź był mordercą, a kto wie co takiemu chodzi po głowie. Jego reakcja była jednak zaskakująca. Uśmiechnął się, jak gdyby wcale nie wziął jej słów na poważnie, po czym rzucił tylko cicho " już ją lubię " na odchodnym.
- Ja bym to wziął na poważnie, ona nie jest gołosłowna! - Zawołał za nim czarnoskóry.
Ale goła mogła by być... Nie obraziłbym się za taką rozrywkę.
..........................................................
Siedział na łóżku, bezskutecznie próbując odgonić od siebie natrętne myśli. Jak to możliwe, że jakaś midgardzka kobieta tak mocno zapadła mu w pamięć?! Nie mógł się z tym pogodzić. Nawet jako nastolatek, nigdy się tak nie zachował. Żadnych buzujących hormonów, wiecznie opanowany. Wiele poświęcił, by zachowywać spokój niezależnie od sytuacji, wybuchy zdażały mu się niezwykle żadko. Dlatego właśnie był takim doskonałym kłamcą- nikt nie wiedział, co mogło mu chodzić po głowie, bo mało kto dobrze go znał. Tymczasem zjawia się jakaś młoda dziewczyna, wyglądająca na ledwie kilkanaście lat, a on traci rozum. Był zły. Ale nie wiedział czy na siebie, czy na nią. Była taka stanowcza, gdy z nim rozmawiała, zupełnie inaczej niż wszyscy. Ale nie była bezczelna, tylko pewna siebie, i to mu imponowało. Była silna. I miała taki cudowny głos... Dość niski, jak na dziewczynę, ale zdecydowanie nie męski, tylko stuprocentowo kobiecy. Leciutko zachrypnięty, melodyjny, nie przesłodzony, ale delikatny. Uspokajało go wspomnienie jego brzmienia. Nieznosił tych wysokich pisków, wydobywających się z gardeł przesłodzonych panienek, jakie często można było spotkać, w każdym niemal świecie. Nie był w stanie wytrzymać towarzystwa takiej osoby, a co dopiero dłuższej rozmowy, która z resztą żadko bywała interesująca, bo musiał dostosować się do poziomu intelektualnego rozmówczyni. Miał jednak nie jasne przeświadczenie, że z agentką Seiver mógłby rozmawiać bardzo długo, nie nudząc się ani trochę. I nie tylko rozmawiać... Uh, dosyć! Ile ona może mieć lat?! Wyglądała tak młodo... Dojrzale, ale mimo wszystko młodo. Był od niej może nawet kilkaSET razy starszy, a z całą pewnością kilkadziesiąt. Z resztą, czemu miałby się interesować jakąś Midgardcką kobietą? Nawet jeśli była niesamowicie piękna, ponętna i... Mimowolnie zaczął sobie wyobrażać, jak sprawia, że ten słodki głos podnosi się o kolejne oktawy...
Aż podskoczył, gdy ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Trochę go to zdziwiło, ale odpowiedział jak zwykle twardo:
- Czego?
- Mogę wejść?
To była ona! Nie mógł w to uwierzyć. Czego mogła od niego chcieć?
- Jeśli musisz.
Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła młoda brunetka, ubrana zupełnie inaczej niż wcześniej. Miała na sobie dopasowane, niskie oliwkowe spodnie, trampki na koturnie i luźną, białą, lnianą koszulę, przez którą było widać zarys jej ciała. Przełknął, starając się nad sobą zapanować i nie wgapiać się w nią pożądliwie. - Rozmawiałam z Thorem. Twierdzi że, poza magią, masz spore doświadczenie w walce i uznał, że sobie poradzisz. Mimo wszystko jednak to ja to ocenię, bo ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba, jest nieprzyjemna niespodzianka w pracy. Dlatego chciałabym, żebyś jutro łaskawie przyszedł na śniadanie, a potem poszedł ze mną na mały trening.
- A co zrobisz, jeśli się nie zgodzę?
- Napewno nie będę się z tobą cackać. Wyglądasz na dość inteligentnego, z resztą sam dałeś tego świadectwo. Dlatego jestem przekonana, że zdajesz sobie sprawę z tego, że nie masz wielkiego wyboru. Jeśli nie okażesz się użyteczny, odeślą cię do Asgardu, prosto do celi. Coś mi mówi, że nie jesteś szalony, więc chyba raczej nie chcesz wylądować w lochu.
- W jakiż to sposób dowiodłem swojej inteligencji? I z kąd pomysł, że nie jestem szalony? Sądziłem że wszyscy tak właśnie myślą.
- Mam swój rozum, więc mało mnie obchodzi, co myślą wszyscy. Człowiek szalony nie zachowuje się inteligentnie. Twoje działania w Nowym Jorku były, mimo wszystko, całkiem nieźle zaplanowane. Chociaż nie wziąłeś pod uwagę kilku zmiennych, zapewne przez pewność siebie. Ale nie było najgorzej.
- Intrygujący sposób myślenia. Nie uważasz, że to było straszne, okrutne, bezsensowne? Nie przeraża cię fakt przebywania w jednym pomieszczeniu z kimś takim jak ja?
- Nie. Thor całkiem nieźle opisał wydarzenia w Asgardzie, więc twoje motywy wydają się nawet sensowne. I nie jesteś wcale taki straszny. Mówiłam Ci już, że się ciebie nie boję.
- A powinnaś.
- Nie wydaje mi się.
- Może usiądziesz? - Spróbował ją podejść z innej strony. O dziwo, zaśmiała się cicho. To był bardzo ładny dźwięk...
- To, że się ciebie nie boję, nie oznacza, że ci ufam.
- A co musiałbym zrobić, żebyś mi zaufała? Tak teoretycznie.
- Zero szans. Ja nie ufam nikomu.
- Doprawdy?
- To nie jest psychoanaliza mojej osobowości, tylko rozmowa o jutrzejszym dniu. Zanim zaczniesz sobie układać jakiś misterny plan, wiedz, że tak czy inaczej nie uciekniesz. Nie ma sensu próbować, możesz sobie tym co najwyżej zepsuć opinię. Nie spóźnij się, bo bardzo tego nie lubię.
- Dlaczego?
- Ja się nie spóźniam, i tego samego oczekuję od innych. To kwestia szacunku.
- O to się nie martw. Wygląda na to, że co do spóźniania się mamy podobny stosunek.
- Cieszę się.
Odwróciła się ku drzwiom, a on mimowolnie zaczął gorączkowo szukać jakiegoś pretekstu, żeby ją jeszcze trochę zatrzymać...
- Co miałaś na myśli mówiąc, że pożałuję, jeśli wejdę ci w drogę?
Podziałało. Zatrzymała się i odwróciła.
- A jak ci się wydaje?
- Czyżbyś naprawdę sądziła, że możesz mi w jakikolwiek sposób zagrozić?
- Owszem.
W jednej sekundzie rzucił się w jej kierunku, starając się dosięgnąć pięścią jej brzucha. Ona jednak była na to przygotowana. W momencie gdy znajdował się kilka centymetrów od niej, zrobiła szybki, pełen tanecznej gracji obrót, chwyciła jego nadgarstek i wystawiła nogę. W efekcie bożek się potknął i upadł, a ona, nadal trzymając jego rękę, znalazła się za nim. Wykręciła ją pod niewygodnym kątem i, siadając nad jego biodrami, wbiła kolano pod łopatkę, jednocześnie podtrzymując nim wykręconą rękę. Trwało to może kilka sekund, a ona już zdołała go unieruchomić, ani trochę się przy tym nie męcząc.
- Nieznoszę, jak ludzie mnie niedoceniają. Odrobina szacunku i pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Co prawda to prawda, tego się nie spodziewałem. - Wydyszał, przyciśnięty do podłogi. Była taka lekka, że mógłby się pokusić o próbę zrzucenia jej z siebie, gdyby nie bolące ramię. Ona jednak wstała szybko, wcale nie odczuwając satysfakcji z pokonania go. Mimo bólu, podniósł się z właściwą sobie gracją. Spojrzał raz jeszcze na drobną osóbkę, która tak łatwo go pokonała.
- Mogę zapytać, ile masz lat?
- Już zapytałeś. Osiemnaście.
- Muszę przyznać, choć robię to raczej niechętnie, że mnie zaskoczyłaś. Jesteś silna. I bardzo młoda.
- Wiek to tylko liczby. Nic nie znaczą. Ty też nie wyglądasz mi na staruszka, a trochę już żyjesz, z tego co wiem.
Zaśmiał się na uwagę o swoim wieku. No faktycznie...
- Chodziło mi raczej o to, że Fury trzyma tu kogoś w takim wieku. Jak długo już tu pracujesz?
- Sześć lat.
Tym razem już się nie zaśmiał. Był od tego naprawdę daleki. Dwanaście lat... Jak mógł przyjąć do T.A.R.C.Z.Y. kogoś w takim wieku?!
- Czyżby Fury nie miał jednak żadnych skrupułów?
- Tu nie chodzi o niego, tylko o mnie.
- Przyjął cię, gdy byłaś jeszcze dzieckiem.
- Nie powinieneś wypowiadać się w kwestiach, których szczegółów nie znasz, i które ciebie nie dotyczą.
- Ciężko mi uwierzyć w kręgosłup moralny kogoś, kto robi takie rzeczy.
- Wież mi, znałam gorszych.
- Czyżby?
- To nie jest twoja sprawa.
- Może mnie jednak oświecisz, czemu tak go bronisz? Zanim pomyśle sobie coś NAPRAWDĘ strasznego.
Skrzywiła się, rozumiejąc jego aluzję.
- Jesteś obrzydliwy.
- Czyżby?
- Owszem. To, jak dostałam się do agencji, nie powinno cię interesować. A podobne insynuacje uważam za niedopuszczalne. Już jedną lekcję szacunku dzisiaj ode mnie dostałeś, a teraz aż się prosisz o kolejną.
Odwróciła się na pięcie i opuściła jego pokój. Stał tak jeszcze przez chwilę, rozmasowując naciągnięte ramię i walcząc z nadchodzącymi co chwilę myślami, które nieubłaganie czepiały się tematu agentki Seiver. Aż mu się robiło niedobrze na myśl, że coś takiego wogle przyszło mu do głowy, ale wściekał się, że ktoś mógł jej dotykać w taki sposób, w jaki on chciał to robić. Ona przecież jest piękna, kusząca... A może kogoś ma? Może ktoś właśnie teraz stara się poprawić jej humor po jego słowach, może ona teraz komuś się zwierza... Nie! Nawet nie chciał tak myśleć.
Postanowił działać. Może czegoś się dowie, może uda mu się ją do siebie przekonać... Chyba powinien ją za to wszystko przeprosić... Ale przecież nie mógł, nie potrafił! Chyba jednak nie za bardzo miał jakieś inne wyjście...
............................................................................
Śniadanie przebiegało w całkowitej ciszy i atmosferze skrępowania.
- Kto by się spodziewał, że smok wylezie ze swojej pieczary... - Zaczął twórca Iron Mana.
Jedyną odpowiedzią było gniewne spojrzenie bożka. Dziewczyny nadal brakowało. Nagle weszła przez drzwi, zatrzymała się na moment i spojrzała na Lokiego. Była zadowolona.
- Widzę, że nasza rozmowa dała spodziewany efekt. Cieszę się. A teraz chodź.
Zabrała dwa jabłka ze stojącej na blacie misy na owoce i, nie czekając na niego, zwróciła się już w kierunku wyjścia. Udając niechęć, poszedł jej śladem, wprawiając wszystkich w osłupienie swoim dobrym zachowaniem.
Szła dość szybko, pogryzając owoc. Nim stanęli przed podwójnymi drzwiami jakiejś sali, jedno z jabłek już całkowicie zniknęło. Jak to miała w zwyczaju, zjadła również ogryzek, nie chcąc marnować jedzenia. Odwróciła się tak nagle, że o mało na nią nie wpadł.
- To jest moja prywatna sala treningowa. Lepiej się tu nie zapuszczaj beze mnie. Nie lubię, kiedy ktoś narusza moje terytorium.
Odwróciła się, wchodząc do środka, a on podążył za nią. Coraz bardziej go zaskakiwała. Jasno wyrażała swoje oczekiwania i zasady. To mu się bardzo podobało.
W sali było sporo wolnej przestrzeni, ale conajmniej połowa była zdominowana przez różnej szerokości poziome taśmy i liny, rozwieszone nad podłogą na różnej wysokości, aż po wysoki sufit.
- Po co to? - Zapytał, autentycznie zainteresowany.
- Zaraz się przekonasz.
Podłoga była drewniana, ale pod najwyżej zawieszonymi taśmami nie było jej wcale. Tylko ciemna dziura, dość głęboka, by dno wydawało się czarne.
- A na dole jest...?
- Woda. Lodowata woda.
- Po co?
- Po pierwsze, do ćwiczeń. Po drugie, upadek z najwyższych linek byłby bolesny, gdybyś się zwalił na podłogę. Woda jest więc lepszym rozwiązaniem, poza tym to motywacja, żeby się starać.
To miało sens. Wyjaśniło również przeznaczenie konstrukcji.
- Chodzenie po linach?
- Nie tylko. Chodzenie, bieganie, skakanie, akrobacje. To bardzo przydatne umiejętności.
- W ten sposób mnie pokonałaś, prawda? Bo dzięki temu jesteś bardziej zwinna.
Spojrzała na niego, autentycznie zaskoczona.
- Tak jest. Spostrzegawczy jesteś... To dobrze. Bo mam zamiar sprawdzić, na ile jesteś w stanie za mną nadążyć.
Po tych słowach wykonała salto i wylądowała na taśmie, zawieszonej może pół metra nad podłogą. Wyciągnęła rękę w zapraszającym geście. Czarne, dopasowane spodnie i biała bluzka z długim rękawem nie wyglądały na stworzone do treningów, mimo to zachowywała się, jak gdyby było jej niezwykle wygodnie.
Loki, odkąd tu trafił, był zmuszony nosić ziemskie ubrania, które co prawda denerwowały go samym swoim istnieniem, ale miały tę zaletę, że były dość swobodne. Nie sądził jednak, aby T-shirt i ciemne spodnie były odpowiednie do takich rzeczy.
- Nie mów mi tylko że się boisz.
- Nie boję. Po prostu...
Sam nie wiedział jak to określić. Nie mógł jej przecież przyznać, że nie chce się zbłaźnić kompletnym brakiem umiejętności. Patrząc w jej oczy, nie mógł wymyślić żadnego kłamstwa, które uratowałoby go przed kompromitacją.
- Skoro się nie boisz, to chodź.
Nie dawała mu wyboru. Niechętnie zbliżył się do taśmy i postawił na niej nogę. Dziewczyna niespodziewanie chwyciła go za nadgarstek i wciągnęła go. Zaskoczony, nie stawiał oporu. Stojąc na taśmie, za wszelką cenę próbował zachować równowagę, machając rękoma. Ledwie mu się to udało. Spojrzał na nią spode łba, rozgniewany. Uśmiechała się delikatnie.
- Widzisz, dałeś radę. Tylko musisz przestać się gniewać na cały świat i przyznać, że jestem coś, czego nie potrafisz.
- Z kąd pomysł, że tego nie potrafię? Może byłem zwyczajnie zaskoczony.
- Nie oszukasz mnie. A teraz się uspokój. Nauczyć cię?
Była taka szczera, ani trochę się z niego nie śmiała... To było dziwne. Przyzwyczaił się już do tego, że za każdym razem gdy okazał słabość, znalazł się ktoś, kto chciał go wyśmiać. Może jakoś to będzie...
- No dobra - odburknął.
- Wyprostuj się. Stań twarzą do mnie, jedna noga za drugą, ręce szeroko. Pod żadnym pozorem nie patrz w dół.
Zrobił, co mu kazała, bardzo wolno, wyginając się na wszystkie strony, by utrzymać równowagę. Nie patrz w dół, nie patrz w dół...
- A teraz chodź w moją stronę. Powoli, krok za krokiem. Nie spiesz się i nie patrz w dół. W ten sposób.
Zrobiła kilka kroków, z niezwykłą gracją. Loki stwierdził, że to nie może być takie trudne. Zrobił jeden krok, drugi, trze... Upadł na podłogę z głośnym hukiem, a dziewczyna zachichotała.
- Śmiejesz się ze mnie?!
Poczuł się oszukany, ale nie wiedział dlaczego.
- Nie śmieję się z ciebie, tylko z twojej miny. Masz zamiar się obrazić? Na siebie, na mnie, czy może na linę? Zamiast się dąsać, lepiej wstawaj i spróbuj ponownie.
Pomogła mu się podnieść i wrócić na taśmę.
Ćwiczyli kilka godzin. O dziwo, atmosfera między nimi się poprawiła. Loki przestał się boczyć na cały świat i zaczął się starać. Szło mu coraz lepiej, nawet kilka razy usłyszał pochwałę, co działało na niego bardzo motywująco. Koło południa dziewczyna zarządziła przerwę. Usiedli obok siebie na ziemi, pijąc zamkniętą dotąd w szafce w rogu wodę, każde ze swojej butelki. Wyjęła zza pasa staromodny, ozdobny sztylet i przekroiła zabrane rano jabłko, po czym podała mu jedną połowę. Wziął ją, zdając sobie sprawę z tego, że jest głodny. Owoc był słodki i pyszny. Jedli w milczeniu. Zerkał na nią co jakiś czas. Była lekko uśmiechnięta, zatopiona we własnych myślach. Nagle coś do niego dotarło.
- Nie wiem, jak masz ma imię.
Spojrzała na niego, autentycznie zaskoczona. On jednak patrzył na nią szczerze, czekając na odpowiedź.
- Rawena. - Powiedziała, wyciągając rękę w jego stronę.
- Loki. - Uścisnął ją, po czym, wprawiając brunetkę w zakłopotanie, ucałował knykcie. Zarumieniła się delikatnie.
A więc jednak jakoś na nią działam! - Pomyślał, ucieszony.
- Szybko się uczysz. To dobrze. - Powiedziała po chwili.
Zmiana tematu. Chyba działam na nią bardziej niż chce mi pokazać! Ale pewności nie mam...
- Cieszę się, że tak sądzisz.
- A właśnie. Thor twierdzi, że niezły z ciebie trickster. Aż się dziwię, że tak dobrze się zachowujesz.
Skrzywił się tylko, niezadowolony.
- Nadal masz trochę mocy. Prawda?
- Tylko trochę. - Mruknął.
- Mogę mieć do ciebie prośbę?
Teraz to on był w szoku. I był bardzo ciekawy.
- Jaką?
- Pokażesz mi coś z tych swoich magicznych sztuczek?
Jej policzki spłonęły szkarłatem. Nie mógł w to uwierzyć. Chyba go polubiła!
- Wyciągnij rękę.
Gdy to zrobiła, dotknął palcem wskazującym środka jej dłoni. Przytrzymał tak przez chwilę, po czym uniósł i zrobił taki ruch, jakby coś odrywał. Między nimi wytworzyło się coś na kształt zielono - czarnej masy, przypominającej gaz albo ciecz. Gdy wykonał ten ruch, "coś" rozszerzyło się i wzleciało. Motyl. Czarno zielony motyl wielkości dłoni. Była zachwycona, nie mogła oderwać od niego wzroku. Uśmiechała się mimowolnie, niczym dziecko. Wyglądała tak beztrosko...
Loki również był zachwycony, ale on nie przywiązywał uwagi do owada. Patrzył na młodą, rozpromienioną twarz niczego nieświadomej osiemnastolatki.
- On jest prawdziwy? Czy to tylko iluzja?
- Jest prawdziwy. Możesz go normalnie dotknąć.
- Jak to zrobiłeś? To niesamowite... - Powiedziała, wyciągając delikatnie dłoń w kierunku motyla, który z chęcią na niej usiadł.
- Wykorzystałem swoją moc i twoją energię. Jego ciało powstało z twojego, dlatego tak ci ufa.
Jej uśmiech na moment przygasł. Zrozumiał, że przez przypadek musiał poruszyć jakąś bolesną kwestię. Nie chcąc psuć tego, co przed chwilą osiągnął, dodał szybko:
- Lubisz motyle?
- Lubię wszystkie zwierzęta.
Podziałało.
- Dlaczego?
- Bo są dobre. Nigdy nie bywają bezsensownie okrutne, ich instynkty każą im zawsze bronić innych, bronić rodziny. Nie to co ludzie.
- Wolisz zwierzęta od ludzi?
- Tak. W większości przypadków tylko one zasługują na życie.
- A ludzie na nie nie zasługują?
- W większości raczej nie.
- Dlaczego?
- Ponieważ krzywdzą dla zabawy.
- Mówisz jak ktoś, kogo człowiek bardzo skrzywdził.
Nie odpowiedziała. Nie musiała, to rozumiało się bez słów.
- A ja zasługuję na życie?
Spojrzała na niego, zdziwiona tym pytaniem. Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, czując, jak coś między nimi przeskakuje. Żadne z nich nie mogło nic zrobić, jak gdyby więzili się nawzajem, dwie pary zielonych oczu, wpatrzone w siebie.
- Jeszcze nie wiem. - Wyszeptała.
Loki sam nie wiedział, kiedy zaczął się do niej powoli przysuwać, zmniejszając dystans między ich ustami. I, gdy pozostało już tylko kilka milimetrów... ona się odsunęła. Zwiesiła głowę, jak gdyby była smutna. Bardzo smutna. Wstała szybko i ruszyła w kierunku wyjścia. Zszokowany, podniósł się z ziemi i zdążył złapać jej nadgarstek. Stała, odwrócona do niego plecami, czekając, aż ją puści.
- Zrobiłem coś nie tak?
Był autentycznie zdziwiony, nie wiedział, co się dzieje. Nie zapanował nad głosem, przelewając w niego emocje, których normalnie nie ujawniał. Szczerość, zagubienie, skruchę.
- To ja nie zasługuję.
Te słowa tak nim wstrząsnęły, że rozluźnił uścisk, co dziewczyna wykorzystała. W sali został tylko Loki i duży, zielony motyl - tylko tyle po sobie zostawiła. Motyla, wspomnienie niedoszłego pocałunku i słowa, które brzmiały tak okrutnie i szczerze, że trickster jeszcze długo tam stał, nim poszedł do swojego pokoju, by tam kontynuować rozmyślania
..................................................................
Gdy wyjaśniała im resztę, czuła się jak wtedy, trzy lata wcześniej, gdy rozmawiała z Lokim. Choć nie mówiła im aż tyle, to mimo wszystko opowiadała rzetelnie o Łowcach, co wcześniej zdażyło jej się tylko ten jeden raz. A, gdy skończyła, oni nadal tam byli, nie odtrącając jej. Każde z nich miało własną, ciężką przeszłość. Zrozumieli, dlaczego ich okłamywała, choć nie było to łatwe. Ale, co ją zaskoczyło, wszystko było w miarę tak, jak wcześniej. Może tylko inni traktowali ją nieco cieplej i z nieco większym szacunkiem. Nick nie powiedział im, po co to całe przesłuchanie. Chciał się upewnić, więc rzucił się w wir pracy. Gdy szła wieczorem spać, nie opuszczało jej wspomnienie sprzed trzech lat. Zasnęła sama, w swoim pokoju.
.................................................................
Dalsze treningi odbywały się już przez trzy tygodnie, w o wiele bardziej formalnej atmosferze. Pilnowała dystansu między nimi i udawała, że nic się nie wydarzyło.
Równocześnie Loki starał się za wszelką cenę naprawić swój błąd i zbliżyć ich do siebie. Spędził na tym ponad trzy tygodnie, ale udało mu się nawiązać z nią coś na kształt przyjacielskiej rozmowy.
- Zawsze trzymasz się tak na uboczu?
Przerwała na moment swoje akrobacje, podczas których Loki zrobił sobie przerwę. Znajdowała się na cienkiej linie, na wysokości około pięciu metrów, a mimo to zastygła, patrząc na siedzącego na ziemi bożka.
- Czemu pytasz? - Powiedziała, wracając do przerwanej czynności.
Loki starannie dobierał słowa, świadom tego, że stąpa po bardzo cienkim lodzie, jakim było ich porozumienie.
- Zanim to się zaczęło, wogle cię nie widziałem, a przecież tu mieszkasz.
- Ty w sumie też żadko wychodziłeś.
- Wtedy, cztery miesiące temu, też cię nie widziałem.
Po jego słowach nastąpiła tak długa pauza, że obawiał się, że już mu nie odpowie.
- To dość skomplikowane. Oficjalnie należę do Avengers. Ale angażuję się tylko w nieliczne sprawy. Moja specjalność to małe jednostki, nie armie z kosmosu. Ale mnie wtedy nie mogli w to wkręcić, nawet gdybym miała się przydać. Byłam zajęta swoim własnym zadaniem, bardzo daleko stąd.
- Ale to nie zmienia faktu, że żadko można cię zobaczyć z innymi.
- Faktycznie, nie zmienia.
- No więc? Dlaczego?
- Nie masz zamiaru odpuścić, prawda?
- Nie mam.
- Eh... Jesteś strasznie uparty. Po prostu nie chcę narzucać nikomu swojego towarzystwa. Jeśli ktoś miałby ochotę ze mną przebywać, to by zwyczajnie przyszedł.
- Nie pomyślałaś, że można błędnie odczytać twoje zachowanie?
Znów zamarła. Zaskoczył ją. Do tego stopnia, że zeszła z konstrukcji i stanęła obok.
- W jaki sposób?
- Ktoś mógłby pomyśleć, że to ty nie życzysz sobie towarzystwa.
Zastanowiła się nad tym, co powiedział.
- Nigdy tak na to nie patrzyłam... Ale... może masz rację...?
- Ja tak to postrzegam. Chociaż akurat ja mam chyba rację przede wszystkim co do twojego podejścia do mnie.
- Co?
- Nie chcesz, żebym był blisko ciebie, prawda?
Zamarła. Kompletnie się tego nie spodziewała. W jego głosie słuchać było coś jakby... cień smutku.
- Dlatego trzymasz się ode mnie z daleka, nie pozwalasz się do siebie zbliżyć. W sumie to ci się chyba nie dziwię. Próbujesz udawać, ale tak naprawdę się mnie boisz, prawda?
Nie odpowiedziała od razu. Bała się, bo wiedziała, że to jest ten moment. Stała na rozdrożu i mogła albo powiedzieć prawdę, licząc się z odrzuceniem, albo skłamać, zranić ich oboje i odejść. A nie chciała odchodzić, trzymać go na dystans.
Niepewnie usiadła obok niego. Od ich pierwszego treningu nie zbliżała się na odległość mniejszą niż wyciągnięcie ręki, a teraz siedziała tuż obok.
- To nie jest takie proste. To nie tak że się ciebie boję. Ja... boję się każdego, kto jest blisko.
- Nie rozumiem. Czego się boisz? Tego, że jestem zbyt blisko?
- Nie do końca.
- Więc mi wyjaśnij.
Zawahała się. Jeśli tego nie zrobi, to on nie zrozumie, ale tak strasznie się bała...
- Dotknij mnie. - Szepnęła.
Loki zawahał się, zaskoczony, ale po chwili wyciągnął rękę i dotknął jej twarzy. Jej reakcja go zaszokowała. Zadrżała, zacisnęła powieki, jak gdyby sprawiał jej ból, a z pod nich wypłynęła łza. A za nią kolejne.
- Tego się boję.
Jej głos był nie do poznania. Drżący, słaby, przestraszony.
- Boisz się tego, że ktoś cię dotknie? Dlaczego?
Próbowała mu powiedzieć kilka razy. Ale za każdym razem głos wiązł jej w gardle. W końcu Loki zaryzykował.
- Jeśli nie jesteś w stanie tego powiedzieć, to... jest inne wyjście. Mogę to zobaczyć. W twoich wspomnieniach.
Wstała, zaskoczona. On też to zrobił.
- Co?
- Skup się na tym wszystkim, to uda mi się to zobaczyć.
Była zaszokowana i przestraszona. Tego dnia wydarzyło się tak wiele, że to ją przytłaczało. Ale mimo zmęczenia, mimo że chciała już tylko odejść i schować się w swoim pokoju, pokiwała głową, zgadzając się na jego propozycję. Zetknął ich czoła i zamknął oczy, a ona skoncentrowała się na koszmarze swoich wspomnień. Śmierci matki, treningów, trzydziestu sześciu godzin w jednym pomieszczeniu z nimi wszystkimi. Na wszystkim tym, co składało się na jej traumę, przez którą bała się każdego niespodziewanego dotyku. Mimo woli, również na strachu, że teraz, kiedy poznał prawdę, odsunie się od niej, bo to wszystko jest zbyt trudne, bo, jako kobieta, nie przedstawia żadnej wartości.
Odsunął się i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Był w szoku. Skuliła się w sobie, wbijając wzrok w swoje buty, czując się odsłonięta i bezbronna. To też odczytał, bo ich umysły jeszcze nie w pełni się rozdzieliły.
- To JEST trudne. Bardzo trudne. Nie wiem nawet, czy mogę cię przytulić, bo, zamiast cię pocieszyć, mogę zrobić ci krzywdę.
Pociągnęła nosem, spodziewając się odtrącenia. Zamiast tego poczuła jego dłoń na swoim policzku. Podniosła głowę, zaskoczona, natrafiając na czujne spojrzenie zielonych oczu bożka.
- Nic ci nie zrobię. - Zapewnił ją, pochylając się ku niej powoli. Pocałował ją. A ona odpowiedziała na to swoim własnym, delikatnym zaangażowaniem. Jej strach stopniowo malał, w miarę jak przyzwyczajała się do jego bliskości. Pozwoliła mu, by wziął w dłonie jej twarz, a sama wplotła mu palce we włosy.
Nie zrobił nic więcej. Pozwalał, by to ona decydowała, na ile pozwoli mu się do siebie zbliżyć, mimo, że nie lubił, gdy sytuacja pozostawała poza jego kontrolą. Trzymała w dłoniach jego los. Jednak jej zaangażowanie, delikatne jak skrzydełka wyczarowanego przez niego tamtego dnia motyla, mówiło mu, że ona tego chce. Ale bał się, że zrobi jej krzywdę, dlatego delikatnie się od niej odsunął. Patrzył jej w oczy, próbując odczytać jej uczucia. Była spokojna. Stykali się czołami i nosami, blisko siebie, ale nie na tyle, by się bała.
- W porządku? - Zapytał.
W odpowiedzi uśmiechnęła się ciepło, pokrzepiająco.
- Tak. Jest dobrze.
- Chyba nie bałaś się aż tak jak na początku.
- Nie. Wiedziałam, czego mogę się spodziewać.
- Zaskoczyłaś mnie. Zawsze jesteś taka silna i stanowcza, a tutaj... okazuje się, że jesteś taka delikatna.
Spojrzała na niego, niepewna, jak ma na to zareagować.
- To dobrze czy źle?
- Chyba dobrze. Lubię cię taką silną, ale cieszę się, że jest też coś innego, zarezerwowanego tylko dla mnie. To jak te cukierki, którymi zajadają się agent Burton i Rogers. Są twarde i kwaśne na zewnątrz, a w środku słodkie.
- Czyli jestem jak cukierek?
Zaśmiała się, ale on po chwili utracił całą wesołości. Martwił się.
- Już teraz ciężko mi z tym, że nie mogę cię dotykać. Nie wiem jak będzie potem...
- Będzie dobrze. Po prostu... Daj mi trochę czasu. Przyzwyczaję się. Kiedyś było gorzej, ale przyzwyczaiłam się do tego, że ktoś mnie na przykład dotknie w ramię. To tylko kwestia przyzwyczajenia... i czasu. Tylko... powoli, i będzie lepiej.
- I będę mógł cię dotykać?
Zapytał z nadzieją w głosie. Chciał tego. Jeśli będzie się starał i nie spieszył... Jego dłoń zsunęła się z jej policzka na szyję, gdy znów ją całował. Pozwalała mu na to, więc położył jej dłoń w talii. Spięła się i jęknęła w jego usta, ale nie powstrzymała go. Dopiero gdy jego ręka zabłąkała się w kierunku jej biodra, poczuł na swojej twarzy jej łzy; przyspieszone, nierówne bicie serca przez skórę na jej szyi, drżenie ciała. Zabrał rękę, kładąc ją na jej policzku i zcierając słone krople.
- Przepraszam. Za szybko?
Nie odpowiedziała. Była smutna, bo nie potrafiła dać mu tego wszystkiego, czego chciał.
- Wiesz, ja potrafię czekać. Będzie dobrze... Opowiesz mi coś o Łowcach?
Chciał zmienić temat, jednak nie odbierając od niego zbyt mocno.
- O Łowcach?
- No, z tego co zrozumiałem, to jesteście trochę inni od zwykłych ludzi. Chodzi mi właśnie o te różnice.
- Dobrze. Ale nie tutaj. Chodź.
.....................................................
Zaprowadziła go do innego pokoju w swojej części. Każdy miał tutaj trochę miejsca dla siebie, oczywiście z wyjątkiem Lokiego, którego część prywatna ograniczała się do jednego pokoju i łazienki. Miejsce, do którego go zabrała, przypominało coś pomiędzy salonem a ogrodem. Ściany, drewniana podłoga, meble - wszystko było bardzo jasne, w różnych odcieniach bieli i szarości. Wszędzie pełno było roślin w dużych, białych donicach, niektóre wbudowane w podłogę, inne stojące. Kwiatów było mało - drobne, białe, niepozorne kwiatuszki wśród innych roślin, skryte w trawie. Jedna ściana była ze szkła, drugą w całości pokrywał pnący się bluszcz. Pomieszczenie było niewiele większe niż duży salon, ale było bardzo przestronne. Na środku stały dwa fotele, obite jasną tkaniną w kwiaty, i stolik, będący połączeniem jasnych, plecionych witek i szkła. W kilku miejscach stały lub wisiały duże białe latarenki ze świecami, a w rogu wisiała huśtawka.
- Nie wiedziałem, że tutaj jest takie miejsce...
- To taki mój prywatny zakątek. Kawałek świata, tylko dla mnie.
Usiadła w fotelu, a on poszedł za jej przykładem.
- Więc... chciałbyś wiedzieć coś konkretnego, czy...?
- Nie bardzo wiem o jakie konkrety miałbym pytać, więc...
- Rozumem. Cóż... Przede wszystkim, to my bardzo różnimy się od zwykłych ludzi. Geny w naszych organizmach są inne, bardziej zwierzęce niż ludzkie. Mamy silniejsze zmysły, instynkt łowcy. W zasadzie, to ja jestem ewenementem, bo poza mną nigdy nie było Łowcy - kobiety.
- Dlaczego?
- Męskie geny są dominujące w stosunku do pozostałych.
- Chwila. Może to mało delikatne pytanie, ale... skoro Łowcy to sami mężczyźni, to jakim cudem...
- Niewolnictwo. Wszystkie te kobiety mają dostarczyć im rozrywki, a potem urodzić Łowcę. Moja matka była wyjątkowa. Dość silna, bym była córką, dość silna, by przeżyć. Każda inna umierała. Dlatego mój ojciec ma dwudziestu synów, w dodatku w podobnym wieku.
- Ile mają lat?
- Mniej więcej o dziesięć lat więcej niż ja, ale cześć jest starsza o 2-3 lata. Ojciec od małego szkoli i wychowuje ich na Łowców. Dlatego są tacy bezwzględni.
- Ale ty, jako kobieta, różnisz się się od nich bardziej niż ludzie czy nie?
- Trochę to poplątane, wiesz? Ale chyba wiem, o co ci chodzi. Cóż... Pod wieloma względami jesteśmy podobni do siebie nawzajem, ale kompletnie różni od ludzi. Jesteśmy szybsi i silniejsi od ludzi, ale przypłacamy to problemami z temperaturą.
- To znaczy?
- O ile zimno nie stanowi dla nas problemu, o tyle gorączka to niemal wyrok śmierci. Ale mamy podwyższoną odporność, więc na szczęście żadko zdarzają się takie sytuacje. Poza tym mamy bardziej rozciągliwe stawy i ścięgna, odporne na różne zmiany. Między innymi dlatego mogłam tańczyć balet, nie niszcząc stóp. No i wyglądamy inaczej niż ludzie.
- Co prawda to prawda. Tak pięknej kobiety jeszcze nie widziałem, nawet w Asgardzie.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem pod jego czujnym wzrokiem.
- Jesteśmy drapieżnikami. Musimy przyciągać, jak drapieżne koty.
- Co jeszcze tak mocno różni was od ludzi?
- Reszta to raczej... rzeczy kosmetyczne.
- Czyli?
W odpowiedzi podciągnęła rękaw i wyciągnęła rękę w jego stronę. Nie wiedząc, o co jej chodzi, chwycił jej dłoń, przyglądając się delikatnej, bladej skórze. Była całkowicie gładka. Nie było na niej normalnych, bladych włosków, które zawsze można było dostrzec, nawet na najgładszej skórze.
- Tego się nie spodziewałem.
- Mówiłam, to coś czysto kosmetycznego, nie mającego większego sensu. Poza tym, Łowcy się nie pocą. Dlatego też mamy problemy z ciepłem.
- To trochę dziwne. Ale fajne.
- Fajne? Od kiedy to mówisz w tak kolokwialny sposób?
- Niestety, to, że wysłuchuję na okrągło uproszczonego sposobu wystawiania się tych głupców, w jakiś sposób i na mnie oddziaływuje. Ale pozostawiając kwestię tego nieszczęsnego wyrazu, to może jednak wrócimy do ciebie?
- A co jeszcze chcesz wiedzieć?
- Wszystko. Mówiłaś, że znacznie różnisz się od braci. Rozwiniesz temat?
- Eh... Cóż, poza tym, co oczywiste, to... ich krew jest toksyczna, a moja odwrotnie.
- Odwrotnie?
- W zetknięciu z ludzkim ciałem, ich krew powoduje ból, pieczenie, halucynacje. Moja dodaje sił w chorobie i pomaga w regeneracji ran.
- Naprawdę?
- Aha. To chyba jedyny możliwy pożytek z mojego ciała...
Zrobiła się smutna. Patrzyła gdzieś w bok, unikając jego spojrzenia. Nie był pewien, ale możliwe, że właśnie przyznała mu się do czegoś ważnego... Nie był jednak pewien.
- Jedyny? Naprawdę tak uważasz?
- Ja to wiem.
- Zawsze myślisz o sobie jak najgorzej. Nie podoba mi się to. Widzę, że coś jest nie tak, ale ty nie chcesz mi powiedzieć co.
Milczała. Jak miała mu to powiedzieć?! W końcu wydusiła z siebie prawdę. Jej głos był komplet wyprany z emocji.
- Mój ojciec dbał o to, żeby jego dzieci były silne i posłuszne. Od urodzenia podawał im specjalny środek. Działa jak trucizna i jak narkotyk. Pierwsza dawka jest rozpuszczona w rtęci. Ten środek uniemożliwia jej zniszczenie nas, ale ona nigdy nie przestaje krążyć w naszych żyłach. Jeśli ojciec nie poda nam kolejnej dawki, rtęć nas zabije, dlatego nikt nigdy nawet nie pomyślał o ucieczce. Poza tym, to coś uzależnia. Efekt, jaki wywiera, jest tak przyjemny, że aż chce się więcej. To rodzaj jego zabezpieczenia przed nieposłuszeństwem. Problem polega na tym, że moja matka uciekła, gdy zorientowała się, że jest w ciąży. Jako jedynej jej się to udało, nie licząc mnie. Dlatego ja nie dostawałam tego czegoś od początku. Pierwszą dawkę dostałam dopiero, kiedy miałam osiem lat, nie zadziałała więc tak, jak powinna. Nie byłam do tego przyzwyczajona, więc dawka była zbyt duża. Uszkodziła niektóre delikatne komórki. Bezpowrotnie odbierając to, co najważniejsze.
A więc jednak. Przyznała to, co dręczyło ją od samego początku, najważniejszy powód, dla którego bała się zaangażować.
- Dlatego trzymasz wszystkich na dystans?
- Tak.
Loki nie odpowiedział już nic, tylko wstał i chwycił jej rękę, pociągając ją w swoje ramiona i przytulając. O wiele szybciej odprężała się przy nim. W dodatku szybciej niż na początku. Bardzo prędko się przyzwyczajała, potrzebowała znacznie mniej czasu niż sama się spodziewała.
- Zaskakujesz mnie. - Powiedziała, wtulając twarz w jego szyję. - Kto by pomyślał, że ty też masz taką czułą stronę... Podoba mi się to.
- Wbrew pozorom, nie jestem potworem. Potrafię być czuły i delikatny, po prostu żadko to robię. Dlaczego tak bardzo bałaś się przyznać, że jesteś bezpłodna?
Odskoczyła od niego jak oparzona. Jej policzki były szkarłatne.
- Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałeś... Wstydu nie masz?!
Zaśmiał się z jej reakcji. Szybko się jednak opanował, widząc jej konsternację, wyciągnął ramiona i przygarnął ją spowrotem do piersi.
- Przepraszam, nie chciałem cię wprawić w zakłopotanie. Rozumiem, że, mimo że zawsze stawiasz sprawy bardzo jasno, to TE kwestie to raczej... królestwo eufenizmów?
Zaśmiała się.
- Raczej tak. Lubię, kiedy sprawy są stawiane jasno, ale... TE rzeczy to dla mnie temat raczej krępujący.
- Rozumiem. Ale bardzo chcę poznać odpowiedź.
- Cóż... To przede wszystkim bardzo intymna kwestia. Raczej nie opowiada się o tym każdemu. Poza tym, z nikim nigdy jeszcze tak nie rozmawiałam. Nikt nie wie, kim tak naprawdę jestem. Wszyscy sądzą, że niczego nie pamiętam.
- Jakto?
- Dostałam się do agencji zaraz po tym, jak uciekłam od ojca. W dniu, kiedy przybyłam do Nowego Jorku, zostałam zatrzymana przez jakąś policjantkę. Sądziła, że uciekłam ze szkoły, nie mówiłam ani słowa, nie miałam dokumentów. Prowadziła mnie do radiowozu, gdy z jakiegoś banku wybiegli złodzieje. Strzelali w tłum. Nie pomyślałam nawet, co robię. Rzuciłam nożami i ich zabiłam, zanim oni kogoś zabili. Potem ktoś mnie zabrał do samochodu, ale nie ta kobieta. Tak trafiłam do TARCZY. Nie chciałam, żeby wiedzieli, poza tym bałam się, więc skłamałam, mówiąc, że straciłam pamięć.
- Cieszę się, że mi to powiedziałaś. Ale mam wrażenie, że to po części po to, żeby uniknąć odpowiedzi na moje pytanie. No więc? Dlaczego?
- Bałam się, że zrezygnujesz.
Miała łzy w oczach.
- Przepraszam. Cały dzień doprowadzam cię do płaczu. Proszę, nie miej mi tego za złe, ja tylko próbuję to zrozumieć... Chcesz powiedzieć, że myślałaś, że przez coś takiego odejdę? Że nie będę cię już chciał?
- Tak. Właśnie tego się bałam.
- Zupełnie niepotrzebnie. Nie zrobiłbym tego, chyba, że sama chciałabyś, żebym odszedł.
- Nie chcę. Jesteś pierwszą osobą, której powierzyłam swoje tajemnice.
- Tylko dlatego chcesz, żebym został? Bo znam twój sekret?
- Nie o to mi chodziło. Jesteś pierwszą osobą, której ufam.
Zamarł, zszokowany.
- Ufasz mi?
- Ufam.
Jego odpowiedzią był gorączkowy pocałunek. Całował ją tak, jak gdyby zależało od tego jego życie. A ona odpowiadała. Pozwalała mu się dotykać i wcale się nie bała, bo wiedziała, że jej nie skrzywdzi.
.................................................................
Ze słodkiego snu wyrwało ją uczucie niepokoju tak silne, że żołądek skręcił się jej w supeł. Coś było nie tak... Gdy otworzyła oczy, z ciemnosci patrzyły na nią przerażające, zielone oczy drapieżnika, a kilka centymetrów od jej twarzy lśnił w mroku uśmiech, straszny uśmiech łowcy, który znalazł swoją ofiarę. Łowcy.
Dziewczyna podkurczyła nogi i objęła je rękoma. Była wręcz nie do poznania, taka przestraszona i delikatna... Zupełnie nie taka, jaką ją znali. Loki już nie powstrzymywał się przed pewnymi gestami, dlatego patrzył na nią ze współczuciem, zmartwiony tym, co ta rozmowa z nią robi.
- Jak już mówiłam, kiedy miałam osiem lat, zabrał mnie do piwnicy. Wtedy odkryłam prawdę. Mój ojciec... jest... jest... Łowcą.
- Łowcą? W sensie że co, poluje na zwierzęta? - Wtrącił z niedowierzaniem Stark. Nie uważał tego za aż tak straszne, żeby nie mogła się wysłowić.
- Cóż... Według jego standardów tak. Ale wedle tych ogólnie przyjętych, to poluje... na ludzi.
Zapadła cisza. Nikt nie mógł uwierzyć w to, co powiedziała. Jej ojciec polował na ludzi. To dlatego ukrywała przed nimi swoją przeszłość. Bała się ich reakcji, i bała się tego, co mogą o niej pomyśleć.
- W piwnicy były drzwi. Z obu stron korytarza. Pełno drzwi. Starych, drewnianych, ciężkich drzwi. Z żelaznymi kratami u góry i z klapkami na dole. A na każdych wisiała mała tabliczka. Było na niej napisane imię i jakieś cyfry. Mój ojciec posiadał wielu niewolników. A raczej niewolnic. Bardzo wiele. Część z nich kupował, ale większość była upolowana. Wychodził, albo wysyłał jednego z NICH, po czym zabierał sobie upatrzoną wcześniej ofiarę. Jest Panem i sadystą. Wszyscy jego uczniowie to wiecznie napaleni sadyści. Trzyma ich w ryzach, ale każe im ćwiczyć na gorszych niewolnicach. Uczy ich tych wszystkich okropności, uczy jak polować na ludzi, szkoli na łowców.
Dziewczyna mówiła coraz szybciej, jej oczy zrobiły się mętne, cała drżała.
- A kiedy mnie tam zabrał, chciał mnie zmusić do tego samego. Chciał, żebym się nad kimś znęcała, wykorzystując to, czego mnie nauczył. Zaczęłam krzyczeć, powiedziałam, że nie chcę tego robić, nie chcę tak traktować drugiego człowieka. Był wściekły, naprawdę, naprawdę wściekły... Ukarał mnie.
Jej oczy wyglądały jak u zaszczutego zwierzęcia. Milczała, nie mogąc wyksztusić ani słowa więcej.
- Co zrobił? - Zapytał Fury.
Ale ona tylko zacisnęła powieki i pokręciła głową, nie mogąc mówić dalej.
- Rawena, jeśli chodzi o to, co myślę, to musimy znać go najlepiej, jak się tylko da. Każdy szczegół może być istotny.
- Nie mogę...
- Musisz.
- Przecież powiedziała, że nie! - Loki był już ekstremalnie wkurzony. Wiedział, że to konieczne, ale nie mógł znieść myśli, że ona cierpi. Jako jedyna mu ufała, zależało jej na nim. Opiekowali się sobą nawzajem, a on nie potrafił ochronić jej przed mrocznymi wspomnieniami.
- Loki, jeśli nie potrafisz nad sobą zapanować, to wyjdź!
- Nie zamierzam.
- Uważaj, bo zaraz...
- Dosyć!
Wszyscy spojrzeli na nią. Była przerażona, ale i wściekła.
- Żeby mnie ukarać... - Wbiła wzrok we własne ręce, a kłucący się dotąd mężczyźni usiedli, słuchając uważnie. Brunet złapał ją za rękę, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. - Pokazał mi, jak jest po drugiej stronie kraty. Zamknął mnie w takiej samej celi, jak swoich niewolników. Bił, kopał... Następnego dnia było gorzej. Był naprawdę wściekły... On... On... - Jej oddech przyspieszył, oczy były rozwarte strachem, miała dreszcze. - On im dał wolną rękę... W... Wpuścił ich do mnie... Wszystkich dwudziestu... n... na... Na trzydzieści sześć godzin...
- Dobra, dosyć tego! Idioci, nie widzicie, że ona dłużej nie wytrzyma?! Ravi, idziemy!
Zniknęli w kłębach zielonego dymu, ale mimo to pozostali zdołali zaobserwować strumienie łez, spływałające po jej policzkach. A ona nigdy nie płakała. Nigdy, odkąd ją poznali. Nawet na tych filmach, na których Clint ryczał jak panienka, udając, że coś mu wpadło do oka.
- No, tym razem to nie ja przegiąłem. - Skomentował Stark. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wszyscy rozeszli się po salonie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Fury rzucił tylko, że mają go poinformować, kiedy będzie w stanie kontynuować, po czym opuścił ich, mamrocząc coś o marnowaniu jego czasu.
- Clint? - Zaczął Tony.
- No?
- Zdaje mi się, czy on powiedział na nią "Ravi"?
.......................................................................
Siedziała na nim okrakiem, wtulając się w jego szyję i płacząc jak skrzywdzone dziecko. On obejmował ją i lekko kołysał, siedząc na brzegu swojego łóżka. Czuł jej cierpienie, ale nie potrafił pomóc. Mógł tylko szeptać jej uspokajająco, że już dobrze, że nic jej nie grozi, że jest z nią i nie pozwoli jej skrzywdzić. Nigdy nie potrafił pocieszać, nigdy nawet nie próbował. Zanim ją poznał, na nikomu tak mu nie zależało. W duchu błagał, żeby przestała już płakać... Dużo później, jej szloch nieco przycichł, aby w końcu ucichnąć całkowicie. Opierała się o niego, bezbronna, wycieńczona i odrętwiała.
- Już lepiej?
- Tak...
- Mogę coś zrobić? Chcę pomóc...
- Chyba nie. Ale samo to że jesteś trochę pomaga.
-... Mogę cię o coś zapytać? Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać...
- Możesz. Ty możesz.
- Ty to nadal pamiętasz, prawda?
- Każdą sekundę - Odpowiedziała po chwili, nie głośniej od szeptu.
- Może tu zostaniemy, co? Będziemy mieć spokój przez jakiś czas.
- Tak. Ale nie długo... Fury musi tu siedzieć, dopóki nie skończę, a powinien jednak pracować. Będzie wściekły. Wiem, że trochę to rozumie, ale moje niekontrolowane emocje są tu przeszkodą w rowiązaniu sprawy. Co się ze mną dzieje? Zawsze jestem przecież taka opanowana, a teraz rozklejam się od razu, jak dziecko...
- Nie przejmuj się tym tak. Bądź co bądź cała ta sprawa uderza w twój czuły punkt. Nic dziwnego że nie możesz nad sobą zapanować. Ja do niedawna wpadałem w szał, kiedy ktoś nazwał mnie synem Odyna. Dopiero niedawno się z tym pogodziłem. Dzięki twoim wielogodzinnym wykładom - zaśmiał się.
- To dlatego, że ty się zachowywałeś jak pacan, który nie potrafi docenić tego, co ma. A ja...
- Hej, nie smuć się tak...
- Myślisz, że warto być z nimi w pełni szczerym?
- Myślę, że tak. Pamiętasz, jak było z nami?
.........................(retrospekcja).......................
Trzy miesiące siedział w Stark Tower, zamknięty w swoim nowym pokoju. Nuda. Przeczytał już wszystkie książki z położonej w salonie biblioteczki. Co jakiś czas pojawiał się pomysł wysłania go gdzieś na przeszpiegi, ale kompletny brak zaufania wobec bożka sprawiał, że zamiary za każdym razem kończyły się na teoriach. Podejrzewali, z resztą słusznie, że zrobiłby wszystko, by się im wymknąć. Sama jego obecność doprowadzała wszystkich do szału, a jego stoicki spokój i niczym nieuzasadniona pewność siebie powodowały ciągłe wybuchy. Banner jako jedyny dawał sobie radę z kontrolowaniem gniewu. Raz czy dwa zdażyło mu się zaproponować komuś pomoc w opanowaniu emocji, ale skutkowało to tylko kolejnymi awanturami, więc w końcu dał sobie spokój. Loki natomiast usilnie starał się odzyskać utraconą moc. Odyn rozkazał odebrać mu niemal wszystkie siły, co miało być dodatkową karą dla przyzwyczajonego i polegającego na nich boga. Był wściekły, ledwo starczyło mu mocy na najprostsze zaklęcia. Wcale nie czuł się pewny siebie, ani tym bardziej spokojny. Był wściekły. Postanowił jednak nie dać tego po sobie poznać, jak zwykle grając swoje rolę.
Ktoś zapukał, a raczej ZAŁOMOTAŁ do drzwi.
- Czego? - Zawarczał.
- Wyłaź, znalazła się dla ciebie robota! - Krzyknął Stark.
Loki niezwykle niechętnie zwlókł się z łóżka i poszedł do salonu. Czekali tam na niego Avengersi i jakaś dziewczyna. Przyjrzał się jej uważnie, tak, żeby nie zauważyli jego rosnącego zainteresowania. Była średniego wzrostu, smukła, ubrana w obcisły, czarny strój, który doskonale podkreślał jej kobiece kształty.
Ma piękne ciało - pomyślał, zanim zdał sobie sprawę z tego, w jakim kierunku podążają jego myśli. Stała, oparta o ścianę, patrząc przez przeszkloną cześć salonu. Widział jej profil. Miała piękne, czekoladowe włosy, opadające na pierś, smukłą szyję i nietypowe rysy twarzy. Były raczej ostre, ale w jakiś subtelny, kobiecy sposób. Urzekające. Delikatnie wykrojone usta zwracały uwagę bożka, w którego głowie zaczęły powstawać związane z nimi fantazje...
Zmusił się do odsunięcia tego wszystkiego od siebie i udawania jedynie lekko zainteresowanego, choć w rzeczywistości ciekawość wręcz go zżerała. Nie mógł dostrzec jej oczu.
- Jeżeli wywiniesz jakiś numer,- Zaczął Fury - jeżeli choćby spróbujesz, to lecisz na Asgard, do paki. Do końca życia z tamtąd nie wyleziesz, a, z tego co wiem, to ładnych pare latek masz jeszcze przed sobą. Zrozumiałeś?
- Ależ oczywiście. - Powiedział, drocząc się z nim.
- Świetnie. Oddaję cię więc w "opiekę" agentce Seiver. Jestem pewien że przypadniecie sobie do gustu. - Powiedział zgryźliwie.
Oj, ależ mnie ona już przypadła do gustu, matole. Lubię takie... Ale ty się o tym nawet nie dowiesz, chyba że ja tak postanowię.
Dziewczyna nagle stanęła przed nim, patrząc mu w oczy. Różnica wzrostu między nimi była na tyle duża, że musiała unieść głowę, co nie przeszkadzało jej pewności siebie. Podobała mu się coraz bardziej... Do tego te oczy. Były niezwykłe, zielone i lśniące, o barwie tak cudownie nasyconej, jak trawa w środku wiosny.
- Wyjaśnijmy coś sobie. Pracuję sama. Do mnie przydzielili cię tylko po to, żebyś się wreszcie do czegoś przydał. Więc nie licz na żadne luksusy czy ulgowe traktowanie, bo dla mnie nie jesteś żadnym książątkiem, tylko pyskatym smarkaczem i się ciebie nie boję. Jeśli będziesz mi przeszkadzał, pożałujesz.
Po tych słowach ominęła go i najzwyczajniej w świecie wyszła. Wszyscy byli w lekkim szoku, bo dotąd nikt nie odważył się tak do niego zwrócić. Bądź co bądź był mordercą, a kto wie co takiemu chodzi po głowie. Jego reakcja była jednak zaskakująca. Uśmiechnął się, jak gdyby wcale nie wziął jej słów na poważnie, po czym rzucił tylko cicho " już ją lubię " na odchodnym.
- Ja bym to wziął na poważnie, ona nie jest gołosłowna! - Zawołał za nim czarnoskóry.
Ale goła mogła by być... Nie obraziłbym się za taką rozrywkę.
..........................................................
Siedział na łóżku, bezskutecznie próbując odgonić od siebie natrętne myśli. Jak to możliwe, że jakaś midgardzka kobieta tak mocno zapadła mu w pamięć?! Nie mógł się z tym pogodzić. Nawet jako nastolatek, nigdy się tak nie zachował. Żadnych buzujących hormonów, wiecznie opanowany. Wiele poświęcił, by zachowywać spokój niezależnie od sytuacji, wybuchy zdażały mu się niezwykle żadko. Dlatego właśnie był takim doskonałym kłamcą- nikt nie wiedział, co mogło mu chodzić po głowie, bo mało kto dobrze go znał. Tymczasem zjawia się jakaś młoda dziewczyna, wyglądająca na ledwie kilkanaście lat, a on traci rozum. Był zły. Ale nie wiedział czy na siebie, czy na nią. Była taka stanowcza, gdy z nim rozmawiała, zupełnie inaczej niż wszyscy. Ale nie była bezczelna, tylko pewna siebie, i to mu imponowało. Była silna. I miała taki cudowny głos... Dość niski, jak na dziewczynę, ale zdecydowanie nie męski, tylko stuprocentowo kobiecy. Leciutko zachrypnięty, melodyjny, nie przesłodzony, ale delikatny. Uspokajało go wspomnienie jego brzmienia. Nieznosił tych wysokich pisków, wydobywających się z gardeł przesłodzonych panienek, jakie często można było spotkać, w każdym niemal świecie. Nie był w stanie wytrzymać towarzystwa takiej osoby, a co dopiero dłuższej rozmowy, która z resztą żadko bywała interesująca, bo musiał dostosować się do poziomu intelektualnego rozmówczyni. Miał jednak nie jasne przeświadczenie, że z agentką Seiver mógłby rozmawiać bardzo długo, nie nudząc się ani trochę. I nie tylko rozmawiać... Uh, dosyć! Ile ona może mieć lat?! Wyglądała tak młodo... Dojrzale, ale mimo wszystko młodo. Był od niej może nawet kilkaSET razy starszy, a z całą pewnością kilkadziesiąt. Z resztą, czemu miałby się interesować jakąś Midgardcką kobietą? Nawet jeśli była niesamowicie piękna, ponętna i... Mimowolnie zaczął sobie wyobrażać, jak sprawia, że ten słodki głos podnosi się o kolejne oktawy...
Aż podskoczył, gdy ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Trochę go to zdziwiło, ale odpowiedział jak zwykle twardo:
- Czego?
- Mogę wejść?
To była ona! Nie mógł w to uwierzyć. Czego mogła od niego chcieć?
- Jeśli musisz.
Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła młoda brunetka, ubrana zupełnie inaczej niż wcześniej. Miała na sobie dopasowane, niskie oliwkowe spodnie, trampki na koturnie i luźną, białą, lnianą koszulę, przez którą było widać zarys jej ciała. Przełknął, starając się nad sobą zapanować i nie wgapiać się w nią pożądliwie. - Rozmawiałam z Thorem. Twierdzi że, poza magią, masz spore doświadczenie w walce i uznał, że sobie poradzisz. Mimo wszystko jednak to ja to ocenię, bo ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba, jest nieprzyjemna niespodzianka w pracy. Dlatego chciałabym, żebyś jutro łaskawie przyszedł na śniadanie, a potem poszedł ze mną na mały trening.
- A co zrobisz, jeśli się nie zgodzę?
- Napewno nie będę się z tobą cackać. Wyglądasz na dość inteligentnego, z resztą sam dałeś tego świadectwo. Dlatego jestem przekonana, że zdajesz sobie sprawę z tego, że nie masz wielkiego wyboru. Jeśli nie okażesz się użyteczny, odeślą cię do Asgardu, prosto do celi. Coś mi mówi, że nie jesteś szalony, więc chyba raczej nie chcesz wylądować w lochu.
- W jakiż to sposób dowiodłem swojej inteligencji? I z kąd pomysł, że nie jestem szalony? Sądziłem że wszyscy tak właśnie myślą.
- Mam swój rozum, więc mało mnie obchodzi, co myślą wszyscy. Człowiek szalony nie zachowuje się inteligentnie. Twoje działania w Nowym Jorku były, mimo wszystko, całkiem nieźle zaplanowane. Chociaż nie wziąłeś pod uwagę kilku zmiennych, zapewne przez pewność siebie. Ale nie było najgorzej.
- Intrygujący sposób myślenia. Nie uważasz, że to było straszne, okrutne, bezsensowne? Nie przeraża cię fakt przebywania w jednym pomieszczeniu z kimś takim jak ja?
- Nie. Thor całkiem nieźle opisał wydarzenia w Asgardzie, więc twoje motywy wydają się nawet sensowne. I nie jesteś wcale taki straszny. Mówiłam Ci już, że się ciebie nie boję.
- A powinnaś.
- Nie wydaje mi się.
- Może usiądziesz? - Spróbował ją podejść z innej strony. O dziwo, zaśmiała się cicho. To był bardzo ładny dźwięk...
- To, że się ciebie nie boję, nie oznacza, że ci ufam.
- A co musiałbym zrobić, żebyś mi zaufała? Tak teoretycznie.
- Zero szans. Ja nie ufam nikomu.
- Doprawdy?
- To nie jest psychoanaliza mojej osobowości, tylko rozmowa o jutrzejszym dniu. Zanim zaczniesz sobie układać jakiś misterny plan, wiedz, że tak czy inaczej nie uciekniesz. Nie ma sensu próbować, możesz sobie tym co najwyżej zepsuć opinię. Nie spóźnij się, bo bardzo tego nie lubię.
- Dlaczego?
- Ja się nie spóźniam, i tego samego oczekuję od innych. To kwestia szacunku.
- O to się nie martw. Wygląda na to, że co do spóźniania się mamy podobny stosunek.
- Cieszę się.
Odwróciła się ku drzwiom, a on mimowolnie zaczął gorączkowo szukać jakiegoś pretekstu, żeby ją jeszcze trochę zatrzymać...
- Co miałaś na myśli mówiąc, że pożałuję, jeśli wejdę ci w drogę?
Podziałało. Zatrzymała się i odwróciła.
- A jak ci się wydaje?
- Czyżbyś naprawdę sądziła, że możesz mi w jakikolwiek sposób zagrozić?
- Owszem.
W jednej sekundzie rzucił się w jej kierunku, starając się dosięgnąć pięścią jej brzucha. Ona jednak była na to przygotowana. W momencie gdy znajdował się kilka centymetrów od niej, zrobiła szybki, pełen tanecznej gracji obrót, chwyciła jego nadgarstek i wystawiła nogę. W efekcie bożek się potknął i upadł, a ona, nadal trzymając jego rękę, znalazła się za nim. Wykręciła ją pod niewygodnym kątem i, siadając nad jego biodrami, wbiła kolano pod łopatkę, jednocześnie podtrzymując nim wykręconą rękę. Trwało to może kilka sekund, a ona już zdołała go unieruchomić, ani trochę się przy tym nie męcząc.
- Nieznoszę, jak ludzie mnie niedoceniają. Odrobina szacunku i pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
- Co prawda to prawda, tego się nie spodziewałem. - Wydyszał, przyciśnięty do podłogi. Była taka lekka, że mógłby się pokusić o próbę zrzucenia jej z siebie, gdyby nie bolące ramię. Ona jednak wstała szybko, wcale nie odczuwając satysfakcji z pokonania go. Mimo bólu, podniósł się z właściwą sobie gracją. Spojrzał raz jeszcze na drobną osóbkę, która tak łatwo go pokonała.
- Mogę zapytać, ile masz lat?
- Już zapytałeś. Osiemnaście.
- Muszę przyznać, choć robię to raczej niechętnie, że mnie zaskoczyłaś. Jesteś silna. I bardzo młoda.
- Wiek to tylko liczby. Nic nie znaczą. Ty też nie wyglądasz mi na staruszka, a trochę już żyjesz, z tego co wiem.
Zaśmiał się na uwagę o swoim wieku. No faktycznie...
- Chodziło mi raczej o to, że Fury trzyma tu kogoś w takim wieku. Jak długo już tu pracujesz?
- Sześć lat.
Tym razem już się nie zaśmiał. Był od tego naprawdę daleki. Dwanaście lat... Jak mógł przyjąć do T.A.R.C.Z.Y. kogoś w takim wieku?!
- Czyżby Fury nie miał jednak żadnych skrupułów?
- Tu nie chodzi o niego, tylko o mnie.
- Przyjął cię, gdy byłaś jeszcze dzieckiem.
- Nie powinieneś wypowiadać się w kwestiach, których szczegółów nie znasz, i które ciebie nie dotyczą.
- Ciężko mi uwierzyć w kręgosłup moralny kogoś, kto robi takie rzeczy.
- Wież mi, znałam gorszych.
- Czyżby?
- To nie jest twoja sprawa.
- Może mnie jednak oświecisz, czemu tak go bronisz? Zanim pomyśle sobie coś NAPRAWDĘ strasznego.
Skrzywiła się, rozumiejąc jego aluzję.
- Jesteś obrzydliwy.
- Czyżby?
- Owszem. To, jak dostałam się do agencji, nie powinno cię interesować. A podobne insynuacje uważam za niedopuszczalne. Już jedną lekcję szacunku dzisiaj ode mnie dostałeś, a teraz aż się prosisz o kolejną.
Odwróciła się na pięcie i opuściła jego pokój. Stał tak jeszcze przez chwilę, rozmasowując naciągnięte ramię i walcząc z nadchodzącymi co chwilę myślami, które nieubłaganie czepiały się tematu agentki Seiver. Aż mu się robiło niedobrze na myśl, że coś takiego wogle przyszło mu do głowy, ale wściekał się, że ktoś mógł jej dotykać w taki sposób, w jaki on chciał to robić. Ona przecież jest piękna, kusząca... A może kogoś ma? Może ktoś właśnie teraz stara się poprawić jej humor po jego słowach, może ona teraz komuś się zwierza... Nie! Nawet nie chciał tak myśleć.
Postanowił działać. Może czegoś się dowie, może uda mu się ją do siebie przekonać... Chyba powinien ją za to wszystko przeprosić... Ale przecież nie mógł, nie potrafił! Chyba jednak nie za bardzo miał jakieś inne wyjście...
............................................................................
Śniadanie przebiegało w całkowitej ciszy i atmosferze skrępowania.
- Kto by się spodziewał, że smok wylezie ze swojej pieczary... - Zaczął twórca Iron Mana.
Jedyną odpowiedzią było gniewne spojrzenie bożka. Dziewczyny nadal brakowało. Nagle weszła przez drzwi, zatrzymała się na moment i spojrzała na Lokiego. Była zadowolona.
- Widzę, że nasza rozmowa dała spodziewany efekt. Cieszę się. A teraz chodź.
Zabrała dwa jabłka ze stojącej na blacie misy na owoce i, nie czekając na niego, zwróciła się już w kierunku wyjścia. Udając niechęć, poszedł jej śladem, wprawiając wszystkich w osłupienie swoim dobrym zachowaniem.
Szła dość szybko, pogryzając owoc. Nim stanęli przed podwójnymi drzwiami jakiejś sali, jedno z jabłek już całkowicie zniknęło. Jak to miała w zwyczaju, zjadła również ogryzek, nie chcąc marnować jedzenia. Odwróciła się tak nagle, że o mało na nią nie wpadł.
- To jest moja prywatna sala treningowa. Lepiej się tu nie zapuszczaj beze mnie. Nie lubię, kiedy ktoś narusza moje terytorium.
Odwróciła się, wchodząc do środka, a on podążył za nią. Coraz bardziej go zaskakiwała. Jasno wyrażała swoje oczekiwania i zasady. To mu się bardzo podobało.
W sali było sporo wolnej przestrzeni, ale conajmniej połowa była zdominowana przez różnej szerokości poziome taśmy i liny, rozwieszone nad podłogą na różnej wysokości, aż po wysoki sufit.
- Po co to? - Zapytał, autentycznie zainteresowany.
- Zaraz się przekonasz.
Podłoga była drewniana, ale pod najwyżej zawieszonymi taśmami nie było jej wcale. Tylko ciemna dziura, dość głęboka, by dno wydawało się czarne.
- A na dole jest...?
- Woda. Lodowata woda.
- Po co?
- Po pierwsze, do ćwiczeń. Po drugie, upadek z najwyższych linek byłby bolesny, gdybyś się zwalił na podłogę. Woda jest więc lepszym rozwiązaniem, poza tym to motywacja, żeby się starać.
To miało sens. Wyjaśniło również przeznaczenie konstrukcji.
- Chodzenie po linach?
- Nie tylko. Chodzenie, bieganie, skakanie, akrobacje. To bardzo przydatne umiejętności.
- W ten sposób mnie pokonałaś, prawda? Bo dzięki temu jesteś bardziej zwinna.
Spojrzała na niego, autentycznie zaskoczona.
- Tak jest. Spostrzegawczy jesteś... To dobrze. Bo mam zamiar sprawdzić, na ile jesteś w stanie za mną nadążyć.
Po tych słowach wykonała salto i wylądowała na taśmie, zawieszonej może pół metra nad podłogą. Wyciągnęła rękę w zapraszającym geście. Czarne, dopasowane spodnie i biała bluzka z długim rękawem nie wyglądały na stworzone do treningów, mimo to zachowywała się, jak gdyby było jej niezwykle wygodnie.
Loki, odkąd tu trafił, był zmuszony nosić ziemskie ubrania, które co prawda denerwowały go samym swoim istnieniem, ale miały tę zaletę, że były dość swobodne. Nie sądził jednak, aby T-shirt i ciemne spodnie były odpowiednie do takich rzeczy.
- Nie mów mi tylko że się boisz.
- Nie boję. Po prostu...
Sam nie wiedział jak to określić. Nie mógł jej przecież przyznać, że nie chce się zbłaźnić kompletnym brakiem umiejętności. Patrząc w jej oczy, nie mógł wymyślić żadnego kłamstwa, które uratowałoby go przed kompromitacją.
- Skoro się nie boisz, to chodź.
Nie dawała mu wyboru. Niechętnie zbliżył się do taśmy i postawił na niej nogę. Dziewczyna niespodziewanie chwyciła go za nadgarstek i wciągnęła go. Zaskoczony, nie stawiał oporu. Stojąc na taśmie, za wszelką cenę próbował zachować równowagę, machając rękoma. Ledwie mu się to udało. Spojrzał na nią spode łba, rozgniewany. Uśmiechała się delikatnie.
- Widzisz, dałeś radę. Tylko musisz przestać się gniewać na cały świat i przyznać, że jestem coś, czego nie potrafisz.
- Z kąd pomysł, że tego nie potrafię? Może byłem zwyczajnie zaskoczony.
- Nie oszukasz mnie. A teraz się uspokój. Nauczyć cię?
Była taka szczera, ani trochę się z niego nie śmiała... To było dziwne. Przyzwyczaił się już do tego, że za każdym razem gdy okazał słabość, znalazł się ktoś, kto chciał go wyśmiać. Może jakoś to będzie...
- No dobra - odburknął.
- Wyprostuj się. Stań twarzą do mnie, jedna noga za drugą, ręce szeroko. Pod żadnym pozorem nie patrz w dół.
Zrobił, co mu kazała, bardzo wolno, wyginając się na wszystkie strony, by utrzymać równowagę. Nie patrz w dół, nie patrz w dół...
- A teraz chodź w moją stronę. Powoli, krok za krokiem. Nie spiesz się i nie patrz w dół. W ten sposób.
Zrobiła kilka kroków, z niezwykłą gracją. Loki stwierdził, że to nie może być takie trudne. Zrobił jeden krok, drugi, trze... Upadł na podłogę z głośnym hukiem, a dziewczyna zachichotała.
- Śmiejesz się ze mnie?!
Poczuł się oszukany, ale nie wiedział dlaczego.
- Nie śmieję się z ciebie, tylko z twojej miny. Masz zamiar się obrazić? Na siebie, na mnie, czy może na linę? Zamiast się dąsać, lepiej wstawaj i spróbuj ponownie.
Pomogła mu się podnieść i wrócić na taśmę.
Ćwiczyli kilka godzin. O dziwo, atmosfera między nimi się poprawiła. Loki przestał się boczyć na cały świat i zaczął się starać. Szło mu coraz lepiej, nawet kilka razy usłyszał pochwałę, co działało na niego bardzo motywująco. Koło południa dziewczyna zarządziła przerwę. Usiedli obok siebie na ziemi, pijąc zamkniętą dotąd w szafce w rogu wodę, każde ze swojej butelki. Wyjęła zza pasa staromodny, ozdobny sztylet i przekroiła zabrane rano jabłko, po czym podała mu jedną połowę. Wziął ją, zdając sobie sprawę z tego, że jest głodny. Owoc był słodki i pyszny. Jedli w milczeniu. Zerkał na nią co jakiś czas. Była lekko uśmiechnięta, zatopiona we własnych myślach. Nagle coś do niego dotarło.
- Nie wiem, jak masz ma imię.
Spojrzała na niego, autentycznie zaskoczona. On jednak patrzył na nią szczerze, czekając na odpowiedź.
- Rawena. - Powiedziała, wyciągając rękę w jego stronę.
- Loki. - Uścisnął ją, po czym, wprawiając brunetkę w zakłopotanie, ucałował knykcie. Zarumieniła się delikatnie.
A więc jednak jakoś na nią działam! - Pomyślał, ucieszony.
- Szybko się uczysz. To dobrze. - Powiedziała po chwili.
Zmiana tematu. Chyba działam na nią bardziej niż chce mi pokazać! Ale pewności nie mam...
- Cieszę się, że tak sądzisz.
- A właśnie. Thor twierdzi, że niezły z ciebie trickster. Aż się dziwię, że tak dobrze się zachowujesz.
Skrzywił się tylko, niezadowolony.
- Nadal masz trochę mocy. Prawda?
- Tylko trochę. - Mruknął.
- Mogę mieć do ciebie prośbę?
Teraz to on był w szoku. I był bardzo ciekawy.
- Jaką?
- Pokażesz mi coś z tych swoich magicznych sztuczek?
Jej policzki spłonęły szkarłatem. Nie mógł w to uwierzyć. Chyba go polubiła!
- Wyciągnij rękę.
Gdy to zrobiła, dotknął palcem wskazującym środka jej dłoni. Przytrzymał tak przez chwilę, po czym uniósł i zrobił taki ruch, jakby coś odrywał. Między nimi wytworzyło się coś na kształt zielono - czarnej masy, przypominającej gaz albo ciecz. Gdy wykonał ten ruch, "coś" rozszerzyło się i wzleciało. Motyl. Czarno zielony motyl wielkości dłoni. Była zachwycona, nie mogła oderwać od niego wzroku. Uśmiechała się mimowolnie, niczym dziecko. Wyglądała tak beztrosko...
Loki również był zachwycony, ale on nie przywiązywał uwagi do owada. Patrzył na młodą, rozpromienioną twarz niczego nieświadomej osiemnastolatki.
- On jest prawdziwy? Czy to tylko iluzja?
- Jest prawdziwy. Możesz go normalnie dotknąć.
- Jak to zrobiłeś? To niesamowite... - Powiedziała, wyciągając delikatnie dłoń w kierunku motyla, który z chęcią na niej usiadł.
- Wykorzystałem swoją moc i twoją energię. Jego ciało powstało z twojego, dlatego tak ci ufa.
Jej uśmiech na moment przygasł. Zrozumiał, że przez przypadek musiał poruszyć jakąś bolesną kwestię. Nie chcąc psuć tego, co przed chwilą osiągnął, dodał szybko:
- Lubisz motyle?
- Lubię wszystkie zwierzęta.
Podziałało.
- Dlaczego?
- Bo są dobre. Nigdy nie bywają bezsensownie okrutne, ich instynkty każą im zawsze bronić innych, bronić rodziny. Nie to co ludzie.
- Wolisz zwierzęta od ludzi?
- Tak. W większości przypadków tylko one zasługują na życie.
- A ludzie na nie nie zasługują?
- W większości raczej nie.
- Dlaczego?
- Ponieważ krzywdzą dla zabawy.
- Mówisz jak ktoś, kogo człowiek bardzo skrzywdził.
Nie odpowiedziała. Nie musiała, to rozumiało się bez słów.
- A ja zasługuję na życie?
Spojrzała na niego, zdziwiona tym pytaniem. Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, czując, jak coś między nimi przeskakuje. Żadne z nich nie mogło nic zrobić, jak gdyby więzili się nawzajem, dwie pary zielonych oczu, wpatrzone w siebie.
- Jeszcze nie wiem. - Wyszeptała.
Loki sam nie wiedział, kiedy zaczął się do niej powoli przysuwać, zmniejszając dystans między ich ustami. I, gdy pozostało już tylko kilka milimetrów... ona się odsunęła. Zwiesiła głowę, jak gdyby była smutna. Bardzo smutna. Wstała szybko i ruszyła w kierunku wyjścia. Zszokowany, podniósł się z ziemi i zdążył złapać jej nadgarstek. Stała, odwrócona do niego plecami, czekając, aż ją puści.
- Zrobiłem coś nie tak?
Był autentycznie zdziwiony, nie wiedział, co się dzieje. Nie zapanował nad głosem, przelewając w niego emocje, których normalnie nie ujawniał. Szczerość, zagubienie, skruchę.
- To ja nie zasługuję.
Te słowa tak nim wstrząsnęły, że rozluźnił uścisk, co dziewczyna wykorzystała. W sali został tylko Loki i duży, zielony motyl - tylko tyle po sobie zostawiła. Motyla, wspomnienie niedoszłego pocałunku i słowa, które brzmiały tak okrutnie i szczerze, że trickster jeszcze długo tam stał, nim poszedł do swojego pokoju, by tam kontynuować rozmyślania
..................................................................
Gdy wyjaśniała im resztę, czuła się jak wtedy, trzy lata wcześniej, gdy rozmawiała z Lokim. Choć nie mówiła im aż tyle, to mimo wszystko opowiadała rzetelnie o Łowcach, co wcześniej zdażyło jej się tylko ten jeden raz. A, gdy skończyła, oni nadal tam byli, nie odtrącając jej. Każde z nich miało własną, ciężką przeszłość. Zrozumieli, dlaczego ich okłamywała, choć nie było to łatwe. Ale, co ją zaskoczyło, wszystko było w miarę tak, jak wcześniej. Może tylko inni traktowali ją nieco cieplej i z nieco większym szacunkiem. Nick nie powiedział im, po co to całe przesłuchanie. Chciał się upewnić, więc rzucił się w wir pracy. Gdy szła wieczorem spać, nie opuszczało jej wspomnienie sprzed trzech lat. Zasnęła sama, w swoim pokoju.
.................................................................
Dalsze treningi odbywały się już przez trzy tygodnie, w o wiele bardziej formalnej atmosferze. Pilnowała dystansu między nimi i udawała, że nic się nie wydarzyło.
Równocześnie Loki starał się za wszelką cenę naprawić swój błąd i zbliżyć ich do siebie. Spędził na tym ponad trzy tygodnie, ale udało mu się nawiązać z nią coś na kształt przyjacielskiej rozmowy.
- Zawsze trzymasz się tak na uboczu?
Przerwała na moment swoje akrobacje, podczas których Loki zrobił sobie przerwę. Znajdowała się na cienkiej linie, na wysokości około pięciu metrów, a mimo to zastygła, patrząc na siedzącego na ziemi bożka.
- Czemu pytasz? - Powiedziała, wracając do przerwanej czynności.
Loki starannie dobierał słowa, świadom tego, że stąpa po bardzo cienkim lodzie, jakim było ich porozumienie.
- Zanim to się zaczęło, wogle cię nie widziałem, a przecież tu mieszkasz.
- Ty w sumie też żadko wychodziłeś.
- Wtedy, cztery miesiące temu, też cię nie widziałem.
Po jego słowach nastąpiła tak długa pauza, że obawiał się, że już mu nie odpowie.
- To dość skomplikowane. Oficjalnie należę do Avengers. Ale angażuję się tylko w nieliczne sprawy. Moja specjalność to małe jednostki, nie armie z kosmosu. Ale mnie wtedy nie mogli w to wkręcić, nawet gdybym miała się przydać. Byłam zajęta swoim własnym zadaniem, bardzo daleko stąd.
- Ale to nie zmienia faktu, że żadko można cię zobaczyć z innymi.
- Faktycznie, nie zmienia.
- No więc? Dlaczego?
- Nie masz zamiaru odpuścić, prawda?
- Nie mam.
- Eh... Jesteś strasznie uparty. Po prostu nie chcę narzucać nikomu swojego towarzystwa. Jeśli ktoś miałby ochotę ze mną przebywać, to by zwyczajnie przyszedł.
- Nie pomyślałaś, że można błędnie odczytać twoje zachowanie?
Znów zamarła. Zaskoczył ją. Do tego stopnia, że zeszła z konstrukcji i stanęła obok.
- W jaki sposób?
- Ktoś mógłby pomyśleć, że to ty nie życzysz sobie towarzystwa.
Zastanowiła się nad tym, co powiedział.
- Nigdy tak na to nie patrzyłam... Ale... może masz rację...?
- Ja tak to postrzegam. Chociaż akurat ja mam chyba rację przede wszystkim co do twojego podejścia do mnie.
- Co?
- Nie chcesz, żebym był blisko ciebie, prawda?
Zamarła. Kompletnie się tego nie spodziewała. W jego głosie słuchać było coś jakby... cień smutku.
- Dlatego trzymasz się ode mnie z daleka, nie pozwalasz się do siebie zbliżyć. W sumie to ci się chyba nie dziwię. Próbujesz udawać, ale tak naprawdę się mnie boisz, prawda?
Nie odpowiedziała od razu. Bała się, bo wiedziała, że to jest ten moment. Stała na rozdrożu i mogła albo powiedzieć prawdę, licząc się z odrzuceniem, albo skłamać, zranić ich oboje i odejść. A nie chciała odchodzić, trzymać go na dystans.
Niepewnie usiadła obok niego. Od ich pierwszego treningu nie zbliżała się na odległość mniejszą niż wyciągnięcie ręki, a teraz siedziała tuż obok.
- To nie jest takie proste. To nie tak że się ciebie boję. Ja... boję się każdego, kto jest blisko.
- Nie rozumiem. Czego się boisz? Tego, że jestem zbyt blisko?
- Nie do końca.
- Więc mi wyjaśnij.
Zawahała się. Jeśli tego nie zrobi, to on nie zrozumie, ale tak strasznie się bała...
- Dotknij mnie. - Szepnęła.
Loki zawahał się, zaskoczony, ale po chwili wyciągnął rękę i dotknął jej twarzy. Jej reakcja go zaszokowała. Zadrżała, zacisnęła powieki, jak gdyby sprawiał jej ból, a z pod nich wypłynęła łza. A za nią kolejne.
- Tego się boję.
Jej głos był nie do poznania. Drżący, słaby, przestraszony.
- Boisz się tego, że ktoś cię dotknie? Dlaczego?
Próbowała mu powiedzieć kilka razy. Ale za każdym razem głos wiązł jej w gardle. W końcu Loki zaryzykował.
- Jeśli nie jesteś w stanie tego powiedzieć, to... jest inne wyjście. Mogę to zobaczyć. W twoich wspomnieniach.
Wstała, zaskoczona. On też to zrobił.
- Co?
- Skup się na tym wszystkim, to uda mi się to zobaczyć.
Była zaszokowana i przestraszona. Tego dnia wydarzyło się tak wiele, że to ją przytłaczało. Ale mimo zmęczenia, mimo że chciała już tylko odejść i schować się w swoim pokoju, pokiwała głową, zgadzając się na jego propozycję. Zetknął ich czoła i zamknął oczy, a ona skoncentrowała się na koszmarze swoich wspomnień. Śmierci matki, treningów, trzydziestu sześciu godzin w jednym pomieszczeniu z nimi wszystkimi. Na wszystkim tym, co składało się na jej traumę, przez którą bała się każdego niespodziewanego dotyku. Mimo woli, również na strachu, że teraz, kiedy poznał prawdę, odsunie się od niej, bo to wszystko jest zbyt trudne, bo, jako kobieta, nie przedstawia żadnej wartości.
Odsunął się i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Był w szoku. Skuliła się w sobie, wbijając wzrok w swoje buty, czując się odsłonięta i bezbronna. To też odczytał, bo ich umysły jeszcze nie w pełni się rozdzieliły.
- To JEST trudne. Bardzo trudne. Nie wiem nawet, czy mogę cię przytulić, bo, zamiast cię pocieszyć, mogę zrobić ci krzywdę.
Pociągnęła nosem, spodziewając się odtrącenia. Zamiast tego poczuła jego dłoń na swoim policzku. Podniosła głowę, zaskoczona, natrafiając na czujne spojrzenie zielonych oczu bożka.
- Nic ci nie zrobię. - Zapewnił ją, pochylając się ku niej powoli. Pocałował ją. A ona odpowiedziała na to swoim własnym, delikatnym zaangażowaniem. Jej strach stopniowo malał, w miarę jak przyzwyczajała się do jego bliskości. Pozwoliła mu, by wziął w dłonie jej twarz, a sama wplotła mu palce we włosy.
Nie zrobił nic więcej. Pozwalał, by to ona decydowała, na ile pozwoli mu się do siebie zbliżyć, mimo, że nie lubił, gdy sytuacja pozostawała poza jego kontrolą. Trzymała w dłoniach jego los. Jednak jej zaangażowanie, delikatne jak skrzydełka wyczarowanego przez niego tamtego dnia motyla, mówiło mu, że ona tego chce. Ale bał się, że zrobi jej krzywdę, dlatego delikatnie się od niej odsunął. Patrzył jej w oczy, próbując odczytać jej uczucia. Była spokojna. Stykali się czołami i nosami, blisko siebie, ale nie na tyle, by się bała.
- W porządku? - Zapytał.
W odpowiedzi uśmiechnęła się ciepło, pokrzepiająco.
- Tak. Jest dobrze.
- Chyba nie bałaś się aż tak jak na początku.
- Nie. Wiedziałam, czego mogę się spodziewać.
- Zaskoczyłaś mnie. Zawsze jesteś taka silna i stanowcza, a tutaj... okazuje się, że jesteś taka delikatna.
Spojrzała na niego, niepewna, jak ma na to zareagować.
- To dobrze czy źle?
- Chyba dobrze. Lubię cię taką silną, ale cieszę się, że jest też coś innego, zarezerwowanego tylko dla mnie. To jak te cukierki, którymi zajadają się agent Burton i Rogers. Są twarde i kwaśne na zewnątrz, a w środku słodkie.
- Czyli jestem jak cukierek?
Zaśmiała się, ale on po chwili utracił całą wesołości. Martwił się.
- Już teraz ciężko mi z tym, że nie mogę cię dotykać. Nie wiem jak będzie potem...
- Będzie dobrze. Po prostu... Daj mi trochę czasu. Przyzwyczaję się. Kiedyś było gorzej, ale przyzwyczaiłam się do tego, że ktoś mnie na przykład dotknie w ramię. To tylko kwestia przyzwyczajenia... i czasu. Tylko... powoli, i będzie lepiej.
- I będę mógł cię dotykać?
Zapytał z nadzieją w głosie. Chciał tego. Jeśli będzie się starał i nie spieszył... Jego dłoń zsunęła się z jej policzka na szyję, gdy znów ją całował. Pozwalała mu na to, więc położył jej dłoń w talii. Spięła się i jęknęła w jego usta, ale nie powstrzymała go. Dopiero gdy jego ręka zabłąkała się w kierunku jej biodra, poczuł na swojej twarzy jej łzy; przyspieszone, nierówne bicie serca przez skórę na jej szyi, drżenie ciała. Zabrał rękę, kładąc ją na jej policzku i zcierając słone krople.
- Przepraszam. Za szybko?
Nie odpowiedziała. Była smutna, bo nie potrafiła dać mu tego wszystkiego, czego chciał.
- Wiesz, ja potrafię czekać. Będzie dobrze... Opowiesz mi coś o Łowcach?
Chciał zmienić temat, jednak nie odbierając od niego zbyt mocno.
- O Łowcach?
- No, z tego co zrozumiałem, to jesteście trochę inni od zwykłych ludzi. Chodzi mi właśnie o te różnice.
- Dobrze. Ale nie tutaj. Chodź.
.....................................................
Zaprowadziła go do innego pokoju w swojej części. Każdy miał tutaj trochę miejsca dla siebie, oczywiście z wyjątkiem Lokiego, którego część prywatna ograniczała się do jednego pokoju i łazienki. Miejsce, do którego go zabrała, przypominało coś pomiędzy salonem a ogrodem. Ściany, drewniana podłoga, meble - wszystko było bardzo jasne, w różnych odcieniach bieli i szarości. Wszędzie pełno było roślin w dużych, białych donicach, niektóre wbudowane w podłogę, inne stojące. Kwiatów było mało - drobne, białe, niepozorne kwiatuszki wśród innych roślin, skryte w trawie. Jedna ściana była ze szkła, drugą w całości pokrywał pnący się bluszcz. Pomieszczenie było niewiele większe niż duży salon, ale było bardzo przestronne. Na środku stały dwa fotele, obite jasną tkaniną w kwiaty, i stolik, będący połączeniem jasnych, plecionych witek i szkła. W kilku miejscach stały lub wisiały duże białe latarenki ze świecami, a w rogu wisiała huśtawka.
- Nie wiedziałem, że tutaj jest takie miejsce...
- To taki mój prywatny zakątek. Kawałek świata, tylko dla mnie.
Usiadła w fotelu, a on poszedł za jej przykładem.
- Więc... chciałbyś wiedzieć coś konkretnego, czy...?
- Nie bardzo wiem o jakie konkrety miałbym pytać, więc...
- Rozumem. Cóż... Przede wszystkim, to my bardzo różnimy się od zwykłych ludzi. Geny w naszych organizmach są inne, bardziej zwierzęce niż ludzkie. Mamy silniejsze zmysły, instynkt łowcy. W zasadzie, to ja jestem ewenementem, bo poza mną nigdy nie było Łowcy - kobiety.
- Dlaczego?
- Męskie geny są dominujące w stosunku do pozostałych.
- Chwila. Może to mało delikatne pytanie, ale... skoro Łowcy to sami mężczyźni, to jakim cudem...
- Niewolnictwo. Wszystkie te kobiety mają dostarczyć im rozrywki, a potem urodzić Łowcę. Moja matka była wyjątkowa. Dość silna, bym była córką, dość silna, by przeżyć. Każda inna umierała. Dlatego mój ojciec ma dwudziestu synów, w dodatku w podobnym wieku.
- Ile mają lat?
- Mniej więcej o dziesięć lat więcej niż ja, ale cześć jest starsza o 2-3 lata. Ojciec od małego szkoli i wychowuje ich na Łowców. Dlatego są tacy bezwzględni.
- Ale ty, jako kobieta, różnisz się się od nich bardziej niż ludzie czy nie?
- Trochę to poplątane, wiesz? Ale chyba wiem, o co ci chodzi. Cóż... Pod wieloma względami jesteśmy podobni do siebie nawzajem, ale kompletnie różni od ludzi. Jesteśmy szybsi i silniejsi od ludzi, ale przypłacamy to problemami z temperaturą.
- To znaczy?
- O ile zimno nie stanowi dla nas problemu, o tyle gorączka to niemal wyrok śmierci. Ale mamy podwyższoną odporność, więc na szczęście żadko zdarzają się takie sytuacje. Poza tym mamy bardziej rozciągliwe stawy i ścięgna, odporne na różne zmiany. Między innymi dlatego mogłam tańczyć balet, nie niszcząc stóp. No i wyglądamy inaczej niż ludzie.
- Co prawda to prawda. Tak pięknej kobiety jeszcze nie widziałem, nawet w Asgardzie.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem pod jego czujnym wzrokiem.
- Jesteśmy drapieżnikami. Musimy przyciągać, jak drapieżne koty.
- Co jeszcze tak mocno różni was od ludzi?
- Reszta to raczej... rzeczy kosmetyczne.
- Czyli?
W odpowiedzi podciągnęła rękaw i wyciągnęła rękę w jego stronę. Nie wiedząc, o co jej chodzi, chwycił jej dłoń, przyglądając się delikatnej, bladej skórze. Była całkowicie gładka. Nie było na niej normalnych, bladych włosków, które zawsze można było dostrzec, nawet na najgładszej skórze.
- Tego się nie spodziewałem.
- Mówiłam, to coś czysto kosmetycznego, nie mającego większego sensu. Poza tym, Łowcy się nie pocą. Dlatego też mamy problemy z ciepłem.
- To trochę dziwne. Ale fajne.
- Fajne? Od kiedy to mówisz w tak kolokwialny sposób?
- Niestety, to, że wysłuchuję na okrągło uproszczonego sposobu wystawiania się tych głupców, w jakiś sposób i na mnie oddziaływuje. Ale pozostawiając kwestię tego nieszczęsnego wyrazu, to może jednak wrócimy do ciebie?
- A co jeszcze chcesz wiedzieć?
- Wszystko. Mówiłaś, że znacznie różnisz się od braci. Rozwiniesz temat?
- Eh... Cóż, poza tym, co oczywiste, to... ich krew jest toksyczna, a moja odwrotnie.
- Odwrotnie?
- W zetknięciu z ludzkim ciałem, ich krew powoduje ból, pieczenie, halucynacje. Moja dodaje sił w chorobie i pomaga w regeneracji ran.
- Naprawdę?
- Aha. To chyba jedyny możliwy pożytek z mojego ciała...
Zrobiła się smutna. Patrzyła gdzieś w bok, unikając jego spojrzenia. Nie był pewien, ale możliwe, że właśnie przyznała mu się do czegoś ważnego... Nie był jednak pewien.
- Jedyny? Naprawdę tak uważasz?
- Ja to wiem.
- Zawsze myślisz o sobie jak najgorzej. Nie podoba mi się to. Widzę, że coś jest nie tak, ale ty nie chcesz mi powiedzieć co.
Milczała. Jak miała mu to powiedzieć?! W końcu wydusiła z siebie prawdę. Jej głos był komplet wyprany z emocji.
- Mój ojciec dbał o to, żeby jego dzieci były silne i posłuszne. Od urodzenia podawał im specjalny środek. Działa jak trucizna i jak narkotyk. Pierwsza dawka jest rozpuszczona w rtęci. Ten środek uniemożliwia jej zniszczenie nas, ale ona nigdy nie przestaje krążyć w naszych żyłach. Jeśli ojciec nie poda nam kolejnej dawki, rtęć nas zabije, dlatego nikt nigdy nawet nie pomyślał o ucieczce. Poza tym, to coś uzależnia. Efekt, jaki wywiera, jest tak przyjemny, że aż chce się więcej. To rodzaj jego zabezpieczenia przed nieposłuszeństwem. Problem polega na tym, że moja matka uciekła, gdy zorientowała się, że jest w ciąży. Jako jedynej jej się to udało, nie licząc mnie. Dlatego ja nie dostawałam tego czegoś od początku. Pierwszą dawkę dostałam dopiero, kiedy miałam osiem lat, nie zadziałała więc tak, jak powinna. Nie byłam do tego przyzwyczajona, więc dawka była zbyt duża. Uszkodziła niektóre delikatne komórki. Bezpowrotnie odbierając to, co najważniejsze.
A więc jednak. Przyznała to, co dręczyło ją od samego początku, najważniejszy powód, dla którego bała się zaangażować.
- Dlatego trzymasz wszystkich na dystans?
- Tak.
Loki nie odpowiedział już nic, tylko wstał i chwycił jej rękę, pociągając ją w swoje ramiona i przytulając. O wiele szybciej odprężała się przy nim. W dodatku szybciej niż na początku. Bardzo prędko się przyzwyczajała, potrzebowała znacznie mniej czasu niż sama się spodziewała.
- Zaskakujesz mnie. - Powiedziała, wtulając twarz w jego szyję. - Kto by pomyślał, że ty też masz taką czułą stronę... Podoba mi się to.
- Wbrew pozorom, nie jestem potworem. Potrafię być czuły i delikatny, po prostu żadko to robię. Dlaczego tak bardzo bałaś się przyznać, że jesteś bezpłodna?
Odskoczyła od niego jak oparzona. Jej policzki były szkarłatne.
- Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałeś... Wstydu nie masz?!
Zaśmiał się z jej reakcji. Szybko się jednak opanował, widząc jej konsternację, wyciągnął ramiona i przygarnął ją spowrotem do piersi.
- Przepraszam, nie chciałem cię wprawić w zakłopotanie. Rozumiem, że, mimo że zawsze stawiasz sprawy bardzo jasno, to TE kwestie to raczej... królestwo eufenizmów?
Zaśmiała się.
- Raczej tak. Lubię, kiedy sprawy są stawiane jasno, ale... TE rzeczy to dla mnie temat raczej krępujący.
- Rozumiem. Ale bardzo chcę poznać odpowiedź.
- Cóż... To przede wszystkim bardzo intymna kwestia. Raczej nie opowiada się o tym każdemu. Poza tym, z nikim nigdy jeszcze tak nie rozmawiałam. Nikt nie wie, kim tak naprawdę jestem. Wszyscy sądzą, że niczego nie pamiętam.
- Jakto?
- Dostałam się do agencji zaraz po tym, jak uciekłam od ojca. W dniu, kiedy przybyłam do Nowego Jorku, zostałam zatrzymana przez jakąś policjantkę. Sądziła, że uciekłam ze szkoły, nie mówiłam ani słowa, nie miałam dokumentów. Prowadziła mnie do radiowozu, gdy z jakiegoś banku wybiegli złodzieje. Strzelali w tłum. Nie pomyślałam nawet, co robię. Rzuciłam nożami i ich zabiłam, zanim oni kogoś zabili. Potem ktoś mnie zabrał do samochodu, ale nie ta kobieta. Tak trafiłam do TARCZY. Nie chciałam, żeby wiedzieli, poza tym bałam się, więc skłamałam, mówiąc, że straciłam pamięć.
- Cieszę się, że mi to powiedziałaś. Ale mam wrażenie, że to po części po to, żeby uniknąć odpowiedzi na moje pytanie. No więc? Dlaczego?
- Bałam się, że zrezygnujesz.
Miała łzy w oczach.
- Przepraszam. Cały dzień doprowadzam cię do płaczu. Proszę, nie miej mi tego za złe, ja tylko próbuję to zrozumieć... Chcesz powiedzieć, że myślałaś, że przez coś takiego odejdę? Że nie będę cię już chciał?
- Tak. Właśnie tego się bałam.
- Zupełnie niepotrzebnie. Nie zrobiłbym tego, chyba, że sama chciałabyś, żebym odszedł.
- Nie chcę. Jesteś pierwszą osobą, której powierzyłam swoje tajemnice.
- Tylko dlatego chcesz, żebym został? Bo znam twój sekret?
- Nie o to mi chodziło. Jesteś pierwszą osobą, której ufam.
Zamarł, zszokowany.
- Ufasz mi?
- Ufam.
Jego odpowiedzią był gorączkowy pocałunek. Całował ją tak, jak gdyby zależało od tego jego życie. A ona odpowiadała. Pozwalała mu się dotykać i wcale się nie bała, bo wiedziała, że jej nie skrzywdzi.
.................................................................
Ze słodkiego snu wyrwało ją uczucie niepokoju tak silne, że żołądek skręcił się jej w supeł. Coś było nie tak... Gdy otworzyła oczy, z ciemnosci patrzyły na nią przerażające, zielone oczy drapieżnika, a kilka centymetrów od jej twarzy lśnił w mroku uśmiech, straszny uśmiech łowcy, który znalazł swoją ofiarę. Łowcy.
Twoje teksty są genialne. Lepsze od niejednego bestsellera ;)
OdpowiedzUsuńKiedy nastepny post? Czekamy juz 33 dni :3 Nie mogę się go doczekać:D